
— Przepisywała pani doktorowi Stonerowi coś na maszynie. Proszę nie próbować zaprzeczyć.
— Och… tak. Przepisywałam.
— Co to było? — indagował ją. — Co on napisał?
— Nie wiem. Ja to tylko przepisywałam. Nie czytałam tekstu. W każdym razie nie szczegółowo.
McDermott wyciągnął ku niej rękę z fajką.
— Proszę nie grać ze mną komedii, młoda damo. Jest pani tylko o krok od rozstania się z uniwersytetem. Co Stoner chciał, aby mu pani przepisała?
— To była… to była praca. Praca naukowa. Przeznaczona do publikacji w piśmie naukowym.
— W jakim?
— Nie wiem. On mi tego nie powiedział.
McDermott przechylił się znów do tyłu, a wiekowy fotel jęknął pod jego ciężarem.
— Czy to była praca o sygnałach radiowych?
Skinęła głową.
— A ten obiekt przez niego odkryty?
— Było o nim w tej pracy.
Przez dłuższą chwilę McDermott milczał. Usadowił się wygodnie w swym skórzanym fotelu i rozbierał Jo wzrokiem. Sprawiała mu przyjemność świadomość, że ona musi oczywiście znać jego myśli, ale nie może nic na to poradzić.
— Co jeszcze robiła pani dla Stonera? — przerwał wreszcie milczenie.
— Nic.
— Naprawdę? Nic?
— Naprawdę.
Przybrał najgroźniejszy wyraz twarzy, na jaki go było stać, i warknął:
— Czy nie wypytywała pani jednej z sekretarek na tym wydziale, jak załatwić rezerwację w hotelu w Waszyngtonie?
Jo potrząsnęła przecząco głową.
— Chodziło o pokój tylko dla doktora Stonera. Samego. Nie dla mnie.
— A więc jednak robiła pani coś jeszcze dla Stonera, czyż nie tak?
— Sądziłam, że ma pan na myśli przepisywanie… wysyłanie listów…
— No i co było z tym wyjazdem do Waszyngtonu?
— Nie rozumiem, panie profesorze, co to ma wspólnego z moim statusem studentki.
— Nie musi pani rozumieć, panno Camerata — warknął znowu. — Jedyne, co pani powinna wiedzieć, to to, że mogę panią stąd wyrzucić na pani ładną pupkę, jeśli nie odpowie pani uczciwie i wyczerpująco na moje pytanie.
