
Jo pojechała autem prosto do obserwatorium. Najpierw wąskimi, pełnymi samochodów uliczkami Cambridge,(USA) potem przez Lexington obok Parku Bitwy i przez most w Concord, by zaraz potem znaleźć się wśród jabłoniowych sadów i rozciągających się jeszcze dalej wzgórz, które przybierały już jesienną szatę. W głowie jej kipiało.
„Ten stary, wychudły łajdak zamierza wyrządzić krzywdę doktorowi Stonerowi — myślała. — Muszę doktora ostrzec. I to już, zaraz.”
Gdy dotarła do obserwatorium, Stoner bawił jednak gdzieś poza swym gabinetem. Niewielkie pomieszczenie na drugim piętrze budynku obserwatorium było tak schludne i tak funkcjonalnie urządzone, jak równanie matematyczne, ale on sam był nieobecny.
Na środku biurka, wolnego od wszelkich szpargałów, leżał jedynie równo ułożony stosik zdjęć. Zdjęcia były odwrócone stroną spodnią ku górze, a na najwyżej leżącym Jo zauważyła niebieską pieczątkę z napisem: „Własność Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. Nie może być udostępnione bez oficjalnego pisemnego zezwolenia”.
Odwróciła wszystkie zdjęcia, jedno po drugim. Papier, na którym je odbito, był sztywny i ciężki; bardzo drogi. Fotografie przedstawiały jakiś pękaty, nieco spłaszczony glob z przebiegającymi od strony lewej do prawej pasami w kolorze czerwonym, żółtym, beżowym i białym. W dolnej części pasiastej kuli widać było owalną, ceglastą plamę.
Planeta Jowisz.
Jo przejrzała wszystkie dwadzieścia kilka zdjęć. Na każdym był Jowisz, a na niektórych można było ponadto dostrzec dwa lub trzy księżyce planety — maleńkie krążki w porównaniu z ogromem tarczy Jowisza.
Zerknęła na swój timex mieniący się na przegubie ręki. Była już pewna, że nie zdąży na pierwsze z popołudniowych ćwiczeń. Wzruszyła z rezygnacją ramionami, po czym podeszła do okna i rozchyliła płytki żaluzji na tyle, by móc zobaczyć coś na zewnątrz.
