
Stoner ćwiczył karate na parkingu za budynkiem. Jo przyglądała mu się, gdy stał prosty jak struna, z wyrazem troski na śniadej twarzy i z zaciśniętymi wargami. Jego duże zaciśnięte dłonie zwisały luźno nieco poniżej czarnego pasa, z którego był tak dumny. Przez chwilę trwał w bezruchu, zapatrzony przed siebie — wysoki, silny mężczyzna o lśniących, kruczych włosach i marzycielskich szarych oczach, płaski w lędźwiach, zaparty w ziemię swymi smukłymi, atletycznymi nogami.
Ale oto już był kłębkiem eksplodującej energii. Jego ręce boksowały niewidzialnego napastnika, a stopy wymierzały śmiercionośne kopnięcia. Był to niby balet — gwałtowny, potężny, naglący. Gdy tak przesuwał się po asfaltowanej powierzchni parkingu, wirując niby łyżwiarz wykonujący piruety, z jego ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Nagle zamarł w bezruchu, jakby wrósł w ziemię — tak szybko, jak rozpoczął akcję. Stał przez chwilę ze wzniesionymi w górę ramionami i kolanami lekko zgiętymi w czujnej, obronnej postawie. Potem wyprostował się z wolna, a jego ręce znów opadły w dół.
Jo przez chwilę obawiała się, że Stoner może zerknąć w okno swego gabinetu i zorientować się, że ktoś go obserwuje przez rozsunięte żaluzje. Jednakże on odwrócił się tyłem do obserwatorium i sprężywszy się znowu, rozpoczął nową serię ćwiczeń karate; kopał i boksował pustą przestrzeń wokół siebie. Ćwicząc intensywnie, przemieszczał się powoli ku skrajowi parkingu.
Jo odeszła od okna. Wiedziała, że jeśli się pośpieszy, zdąży jeszcze na ostatnie z popołudniowych zajęć na uniwersytecie. Ale musiała przecież najpierw spotkać się z nim i powiedzieć mu o dziwnym zainteresowaniu profesora McDermotta jego wizytą w Waszyngtonie. To było ważniejsze niż zajęcia na uczelni.
