
Bagong Bung rozmyślał o setkach zatopionych wraków leżących na dnie płytkich wód na południe i na wschód od jego kutra i o bogactwach, jakie z nich wydobędzie, kiedy zgromadzi dość pieniędzy z obrzydłego mu już przemytu, żeby kupić sprzęt i opłacić nurków.
Don Guillermo Walker pomyślał, że skupisko zamglonych światełek, nad którymi przed chwilą przeleciał, to na pewno Metapa. Ale ponieważ jego umiejętności astronawigacyjne nie przerastały jego zdolności aktorskich, z czasów gdy grywał w Europie role szekspirowskie, to równie dobrze mógł się znajdować nad półwyspem Zapata lub nad La Libertad, i co wtedy? Może to i lepiej; jeżeli ominie cel, ominą go tortury. Brodę i policzki miał zroszone potem.
Powinien był się ogolić — pomyślał. Jeżeli da się złapać, oprawcy wsadzą go do rozgrzanej celi i tam będą mu wymachiwać pod nosem kijem elektrycznym, a widząc brodę, uznają go za zwolennika Fidela Castro, za komunistę, a kartę skrajnie prawicowej organizacji politycznej im. Johna Bircha za sfałszowaną. Spalić mu la barba za pomocą la electricidad!
— A niech cię diabli, przez ciebie się w to wpakowałem, ty żigolaku w czarnych slipach, ty męska dziwko! — krzyknął don Guillermo do przydymionego, pomarańczowego Księżyca. Transatlantyk „Prince Charles” i jacht Lonera „Wytrwały” wciąż płynęły w przeciwne strony po ciemnych wodach Atlantyku. Większość młodych pasażerów w obcisłych, miękkich botkach poszła spać — jedni wtulili się w kołdry, inni w ramiona kochanków i tylko kapitan Sithwise pełnił wachtę na mostku. Czuł dziwny niepokój. Mówił sobie, że to z powodu tych brazylijskich powstańców na pokładzie: ta nowa banda wywrotowców postępowała w sposób zupełnie nieodpowiedzialny — jakby stale pili eter.
