
Niekiedy wystarczy przetrzeć twarz dłonią, westchnąć i niebo błękitnieje, albo co najmniej zjawia się dziewczyna, która ma błękitne oczy.
Człowiek roześmiał się: Boże, Boże — mruczał — cóż to za prymitywno — romantyczne skojarzenia. Dziewczyna. Błękitne oczy. Świat sczerniał, w najlepszym razie tu i ówdzie poszarzał, bądź zsiniał, ewentualnie pożółkł. A dziewczyny? Człowiek zachichotał. Kilkaset lat temu unicestwiono ostatnią oryginalną dziewczynę. Dziewczyny i kobiety zastąpiły fenomenalne konstrukcje płci pięknej. Była to zdobycz dwudziestego ósmego wieku ery poatomowej, cud techniki, tryumf ludzkiego geniuszu. Główny konstruktor nie znosił błękitu i obdarzył fenomenalne dziewczyny czarnymi oczami.
Człowiek zaklął, aż uszy spuchły okolicznym wieśniakom. Zawsze wychodzili przed chaty, gdy ktoś szedł drogą. Wieśniacy byli sztuczni, podobnie jak chaty. Światowe Centrum Ochrony Środowiska i Tradycji wybudowało tysiące sztucznych chat i zaludniło je sztucznymi wieśniakami. Bo ludzie tęsknili za wsią, za wiejskim pejzażem, za wieśniakami, którzy, gdy ktoś szedł drogą, wychodzili z domów i pozdrawiali pielgrzyma: „Boże, prowadź” — mówili. Było to bardzo wzruszające, chociaż nikt nie wiedział, dokąd Bóg ma prowadzić i kim jest ten Bóg, którego imienia wzywano nadaremnie. W dwudziestym ósmym wieku ery poatomowej ludzie wędrowali z miasta do miasta w poszukiwaniu nie wiadomo czego, chwalili nie wiadomo kogo i tęsknili za błękitem.
