„Szukajcie uniwersalnego antidotum — wrzeszczeli kaznodzieje, wasze dusze zatruły wszechobecne mechanizmy i chemiczne reakcje — histerezy, stabilizatory, efektory, hydrolizy, homeostazje”. Oby język skołowaciał tym, co wymyślili te słowa, neutralizujące stany emocjonalne. Człowiek westchnął ciężko, pozdrowił sztucznego wieśniaka i postanowił zejść z drogi. Co za śmiała myśl? Postanowił zboczyć — bo tęsknił za błękitem.

Warto dodać, że od iluś tam lat Ziemię otaczała nieprzenikniona warstwa chmur, bo człowiek skutecznie zatruwał swoje środowisko dymami. Ach, te dymy! Zmieniły klimat i zniszczyły błękit. Intelekt parszywiał, karłowaciał, zanikał. Zaledwie kilku ludzi pozostało sobą. Człowiek był jednym z nich. Dlatego uparcie wędrował. Drogą, a teraz bezdrożami. Mózgi elektronowe alarmowały: „Człowiek na bezdrożach!”, a miliony homeostatów wszystkich stopni przekazywały informacje szyfrowane monotonną melodią: „Czego szuka to indywiduum? Stymulatorze, miej nas, maluczkich, w swojej opiece”.

Człowiek szedł między drzewami, między wzgórzami, przekroczył rzekę, wspinał się po zboczu góry, kryjącej niezdobytą fortecę, bo ludzie w pewnym okresie obawiali się inwazji potworów z Innych Układów Słonecznych. Nikt nie zdołał przewidzieć, że któregoś dnia na Ziemi wyląduje sto tysięcy statków kosmicznych wypełnionych po brzegi mędrcami. Potworne. Tak, rzeczywistość okazała się ekstraktem grozy. Dziesięć milionów geniuszów opanowało glob ziemski.

Ludzie, chcąc nie chcąc, poddali się i Ziemię włączono do wszechświatowego cyklu doskonalenia metodą poznawania samego siebie. Był to początek końca. Błękitne niebo zasnuły dymy i mgły. Jeden z nielicznych ludzi wierzył, że wcześniej czy później odnajdzie skrawek błękitu, i nie ustawał w poszukiwaniach.

— Jak się nazywasz? — zapytał dozorca lasu. Od stóp do głów był sztuczny, ale bardzo dobrze ułożony i nie najgorzej zaprogramowany.



15 из 358