
— Człowiek szukający błękitu — odparł pielgrzym.
— Błękitu? — zdziwił się dozorca. — Nie rozumiem.
— Ach! — westchnął człowiek. — Pilnuj lasu i nie zawracaj głowy.
Dozorca świsnął przez nos i człowieka otoczyli poddozorcy.
— Precz! — krzyknął człowiek, i machiny zniknęły w gęstwinie puszczy.
Człowiek kroczył dalej leśną ścieżką, aż doszedł do polany. Wszystko było tu czarne albo brunatne. Kwiaty, liście drzew, krzewy, kamienie. Jeden z niewielu ludzi począł nucić:
Tak sobie nucił, nucenie przerywał śmiech, bo człowiek śmiał się z siebie, do siebie, był to jeden z nielicznych ludzi, zupełnie wyjątkowy, skłonny do śmiechu człowiek. Maszyny informowały o każdym jego kroku, o każdym ruchu. W dziuplach drzew zainstalowano wszystkowidzące kamery, pod mchem umieszczono wszystkosłyszące mikrofony. Sztuczne ptaki śledziły człowieka z góry, a sztuczne mrówki to samo czyniły na dole. Bardzo duże buty człapały. Człowiek szedł łąkami, mokradłami, po bezdrożach.
Raz potknął się, raz zatoczył, raz przysiadł na pniu, raz położył się na rozdygotanym bagnie. To dziwne, że go nie pochłonęło. Dlaczego nie utonął? Umiał sobie poradzić w krytycznych sytuacjach. Podniósł się, skoczył z kępy na kępę. Już dotarł do wrzosowiska.
Jeden z niewielu ludzi stanął jak wryty, bo dostrzegł nad wrzosowiskiem skrawek błękitu.
