
Ale Soren Grip oceniał sprawy inaczej niż Christiana, Już się radował na myśl o oszałamiającej chwale Szwecji, o ile udałoby się zwyciężyć Rosjan. Wybrał się więc sam, w tajemnicy przed żoną, do wielkiego dworu, by pomówić o swym synu z młodym oficerem.
Corfitz Beck wpadł w zachwyt, tak samo zresztą jak jego starzejący się ojciec, Lave Beck. Znali Lenę i Orjana Stege, a także ich córkę Christianę jako ludzi na wskroś godnych zaufania. Młody Vendel również cieszył się ich wielką sympatią i często między sobą mówili, że chłopak na szczęście wdał się w matkę, a nie w zachłannego ojca.
Christiana nigdy nie wybaczyła Sorenowi Gripowi zdradzieckiego ciosu. Nie mogła zapobiec wyjazdowi Vendela, ale na każdej sztuce odzieży, którą przygotowywała dla syna, widniały mokre plamy jej łez. Po wyjeździe chłopca atmosfery w domu nigdy już nie można było nazwać pogodną.
Trzy lata później, w roku 1710, uderzyła w Skanię zaraza. Zabrała ze sobą Lavego Becka i zabrała Sorena Gripa. Christiana – potomkini Ludzi Lodu, bardziej odporna, stała nad swym umierającym mężem, usiłując przywołać żal, ale czuła jedynie, że jej twarz jest ściągnięta, bez wyrazu, jak martwa.
W duszy miała pustkę. Ten sam kamienny wyraz twarzy zachowała podczas pogrzebu. Nie mogła się od niego uwolnić, choćby nie wiadomo jak mocno się starała.
Vendel wówczas był już daleko, w Rosji.
O jego losach będzie ta opowieść.
Christiana otrzymała od syna list ze Słupcy, wesoły, beztroski. Biła z niego taka żądza przygód, że niemal widziała blask w oczach Vendela. Później upłynął niepokojąco długi czas, zanim dotarł następny list. Nadszedł dopiero na początku 1708 roku i Christiana otwierała go z ogromnym lękiem. Napisany był jednak ręką syna, musiał więc żyć. Przysłany został z Grodna na Litwie.
List okazał się nie tak optymistyczny jak poprzedni. Chłopak poznał już szczerzące się do niego okrutne oblicze wojny; dało się to wyczytać między wierszami. Przeżyli piekielny marsz w głębokim na metr śniegu przez mazurskie mokradła. Tak wielu zginęło. Z wycieńczenia, od zdradzieckich, wystrzelonych z ukrycia kul… Vendel pisał krótko, nie było się z czego cieszyć, naturalnie oprócz tego, że list w ogóle przyszedł! Że dostali od niego jakąkolwiek wiadomość i że nie był ranny. Jak na razie.
