
— Nie.
— Bardzo sykologiczne.
— Susan mówi, żeby się nie bać, tylko złościć — wyjaśniła Twyla.
— Ehm… Dziękuję, Susan — powiedziała pani Gaiter, będąca w tej chwili rozedrganym kłębkiem nerwów. — A teraz, eee, sir Geoffreyu, pewnie zechcą państwo wrócić do salonu… to znaczy do gabinetu…
Wszyscy odeszli. Ostatnie słowa, jakie usłyszała Susan, brzmiały:
— Wściekle przekonujący ten pogięty pogrzebacz…
Odczekała jeszcze trochę.
— Poszli już sobie, Twylo?
— Tak, Susan.
— To dobrze.
Wróciła do piwnicy, a po chwili wynurzyła się, wlokąc coś wielkiego, kudłatego i z ośmioma łapami. Zdołała jakoś zawlec to coś po schodach i bocznym korytarzem do wyjścia, gdzie wykopała to na dwór. Wyparuje przed świtem.
— Tak załatwiamy sprawy z potworami — rzekła.
Twyla obserwowała ją uważnie.
— Teraz biegiem do łóżka, moja mała — powiedziała Susan, biorąc ją na ręce.
— A mogę na noc zabrać pogrzebacz do sypialni?
— Pewnie.
— On zabija tylko potwory, prawda…? — spytała sennie dziewczynka.
— Zgadza się. Wszystkie odmiany.
Ułożyła małą do łóżeczka obok brata i oparła pogrzebacz o szafkę dla lalek.
Pogrzebacz był tani, metalowy, z mosiężną gałką na końcu. Susan wiele by dała, by móc go użyć na poprzedniej guwernantce.
— Dobranoc.
— Dobranoc.
Wróciła do swojego małego pokoiku i położyła się do łóżka, podejrzliwie zerkając na zasłony.
Miło by było uwierzyć, że sobie to wyobraziła. Ale też byłoby to głupie. Lecz miała za sobą już prawie dwa lata normalności, kiedy żyła samodzielnie w realnym świecie i w ogóle przyszłości nie pamiętała.
Może to wszystko jej się śniło? Chociaż sny też mogą być realne…
Starała się nie zwracać uwagi na długi sopel wosku, sugerujący, że płomień świecy — przez kilka chwil tylko — odchylił się na wietrze.
