
Teraz zdała sobie sprawę ze wszystkiego. Czuła, że jej nie przyzwyczajone do wysiłku płuca o mało nie pękną. Każdy oddech był straszną udręką. Musiała kaszleć, ale próbowała to tłumić. Zasłaniała usta rękami przerażona, że ścigający ją usłyszą. Bała się tak, jak musi się bać tropione leśne zwierzę. Pomóż mi, pomóż mi, błagała w duszy, choć wiedziała, że nie ma nikogo, do kogo mogłaby się modlić. Przecież to ona właśnie była boginią swojego ludu. To do niej inni zwracali się z prośbą o pomoc.
Teraz już nikt nie prosił jej o radę. Pragnęli natomiast ją schwytać i złożyć w ofierze.
Światła prosić o pomoc nie mogła. Światło ją zdradziło, a ona zdradziła Światło. Światło nie chciało nic wiedzieć o jej powołaniu. Osada nadal trwała pogrążona w ciemnościach, opuszczona przez Światło.
Opuszczona? Przecież nigdy go tam nie było.
Mieszkańcy osady żądali od niej tak wiele. I chociaż zrobiła właściwie wszystko, czego oczekiwali…
Nawoływania w lesie.
Czy nie brzmią jakby bliżej? Nie była w stanie tego określić. Nie wiedziała, czy to wyobraźnia, zresztą jak mogłaby coś takiego wiedzieć, skoro krew pulsowała jej w skroniach z głośnym hukiem, a oddech wydobywał się z piersi ze świstem?
Udręczona podniosła się z trudem i oparła o pień drzewa. Rozglądała się, szukając drogi ucieczki. Po chwili ruszyła dalej, wciąż mając osadę za plecami. Nagle zrozumiała, dlaczego tutaj, gdzie się znalazła, jest tak ciemno. Zbliżyła się przecież do gór, które zasłaniają drogę ku Światłu. I tutaj ich cień jest bardziej intensywny niż w Srebrzystym Lesie.
Ale jakie znaczenie mogły mieć dla niej góry? Wszyscy przecież wiedzieli, że są niedostępne, że nikt nie zdoła się przez nie przedrzeć.
Mimo to kierowała się w ich stronę. Po prostu nie miała innej drogi. Wszystko wokół niej było nowe, obce i przerażające. Siska, której nigdy nie pozwolono radzić sobie na własną rękę, której usługiwano od rana do wieczora, uświadomiła sobie teraz, jak bezradną i bezbronną istotą uczynili ją poddani.
