
— Nie — zacisnęła usta, by stłumić coś, co było albo jękiem, albo przekleństwem. - W twarz zranił mnie Puszczyk. Stefan Skellen. A Bonhart… Bonhart zranił mnie znacznie poważniej. Głębiej. Czy i o tym mówiłam w gorączce?
— Uspokój się. Jesteś osłabiona, powinnaś unikać silnych wzruszeń.
— Nazywam się Ciri.
— Zrobię ci okład z arniki, Ciri.
— Wstrzymaj się… chwilę. Daj mi jakieś zwierciadło.
— Mówiłem ci…
— Proszę!
Usłuchał, dochodząc do wniosku, że tak trzeba, że dłużej zwlekać niepodobna. Przyniósł nawet kaganek. By mogła lepiej widzieć, co zrobiono z jej twarzą.
— No, tak — powiedziała zmienionym, łamiącym się głosem. - No, tak. Właśnie tak, jak myślałam. Prawie tak, jak myślałam.
Wyszedł, zaciągając za sobą zaimprowizowany z derek parawan.
Starała się szlochać cicho, tak, by nie słyszał. Bardzo się starała.
Nazajutrz Vysogota zdjął połowę szwów. Ciri obmacała policzek, posyczała jak żmija, narzekając na silny ból ucha i przeczulicę szyi w okolicy żuchwy. Wstała jednak, ubrała się i wyszła na podwórze. Vysogota nie protestował. Towarzyszył jej. Pomagać ani podtrzymywać nie musiał. Dziewczyna była zdrowa i o wiele silniejsza, niż można było przypuszczać.
Zachwiała się dopiero na zewnątrz, przytrzymała ościeżnicy i odrzwi.
— Ależ… - gwałtownie zachłysnęła się wdechem. - Ależ ziąb! Mróz, czy jak? Już zima? Jak długo ja tu przeleżałam? Kilka tygodni?
— Dokładnie sześć dni. Mamy piąty dzień października. Ale zapowiada się bardzo zimny październik.
— Piąty października? — zmarszczyła się, syknęła z bólu. - To jak to? Dwa tygodnie…
— Co? Jakie dwa tygodnie?
— Nieważne — wzruszyła ramionami. - Może to ja coś mylę… A może i nie mylę. Powiedz, co tu tak okropnie śmierdzi?
