
— Skóry. Łowię piżmaki, bobry, nutrie i wydry, garbuję skóry. Nawet pustelnicy muszą z czegoś żyć.
— Gdzie jest mój koń?
— W obórce.
Kara klacz powitała wchodzących głośnym rżeniem, a koza Vysogoty zawtórowała beczeniem, w którym pobrzmiewało wielkie niezadowolenie z konieczności dzielenia lokum z innym lokatorem. Ciri objęła konia za szyję, poklepała, pogładziła po zagrzywku. Klacz prychała i grzebała słomę kopytem.
— Gdzie moje siodło? Czaprak? Uprząż?
— Tutaj.
Nie protestował, nie czynił uwag, nie wygłaszał swego zdania. Milczał, wsparty na kosturze. Nie poruszył się, gdy zastękała, próbując unieść siodło, nie drgnął, gdy zachwiała się pod ciężarem i ciężko, z głośnym jękiem klapnęła na zasypaną słomą polepę. Nie podszedł, nie pomógł jej wstać. Patrzył uważnie.
— No, tak — powiedziała przez zaciśnięte zęby, odpychając klacz, usiłującą wsunąć jej nos za kołnierz. - Wszystko jasne. Ale ja muszę stąd uciekać, cholera! Po prostu muszę!
— Dokąd? — spytał chłodno.
Pomacała twarz, nadal siedząc na słomie obok upuszczonego siodła.
— Jak najdalej.
Kiwnął głową, jak gdyby odpowiedź satysfakcjonowała, wszystko czyniła jasnym i nie pozostawiała miejsca na domysły. Ciri wstała z trudem. Po siodło i uprząż nawet nie próbowała się schylać. Sprawdziła tylko, czy klacz ma siano i owies w żłobie, zaczęła wycierać grzbiet i boki konia wiechciem słomy. Vysogota czekał w milczeniu i doczekał się. Dziewczyna zatoczyła się na słup podtrzymujący strop, zbladła jak płótno. Bez słowa podał jej kostur.
— Nic mi nie jest. Tylko…
— Tylko w głowie ci się zakręciło, bo jesteś chora i słaba jak noworodek. Wracajmy. Musisz się położyć.
O zachodzie słońca, przespawszy ładnych kilka godzin, Ciri wyszła ponownie. Vysogota, wracając znad rzeki, natknął się na nią przy naturalnym jeżynowym żywopłocie.
