
— Nie odchodź zbyt daleko od chałupy — powiedział cierpko. - Po pierwsze, jesteś zbyt osłabiona…
— Czuję się lepiej.
— Po drugie, to niebezpieczne. Dookoła jest ogromne mokradło, nie kończące się pole trzcin. Nie znasz ścieżek, możesz zabłądzić lub utonąć w trzęsawisku.
— A ty — wskazała na worek, który taszczył — ścieżki znasz, oczywiście. I nawet niedaleko nimi chadzasz, a zatem mokradło wcale nie jest takie wielkie. Garbujesz skóry, aby żyć, jasne. Kelpie, moja klacz, ma owies, a pola tu nie widzę. My jedliśmy kurę i krupy. I chleb. Prawdziwy chleb, nie podpłomyki. Chleba nie dostałbyś od trapera. A zatem w okolicy jest wieś.
— Bezbłędnie wydedukowane — potwierdził spokojnie. - Rzeczywiście, dostaję prowianty z najbliższej wsi. Najbliższej, ale wcale nie bliskiej, leżącej na skraju bagien. Mokradło przylega do rzeki. Wymieniam skóry na żywność, którą przywożą mi łodzią. Chleb, kaszę, mąkę, sól, ser, czasami królika lub kurę. Czasami wiadomości.
Nie doczekał się pytania, więc kontynuuował.
— Wataha konnych w pościgu dwukrotnie była w osadzie. Za pierwszym razem ostrzegano, by cię nie ukrywać, grożono chłopom mieczem i ogniem, jeśli zostaniesz w osadzie schwytana. Za drugim obiecywano nagrodę za odnalezienie trupa. Twoi prześladowcy są przekonani, że leżysz martwa w lasach, w jakimś jarze czy wądole.
— I nie spoczną — mruknęła — dopóki nie odnajdą zwłok. Wiem o tym dobrze. Muszą mieć dowód, że nie żyję. Bez tego dowodu nie zrezygnują. Będą szperać wszędzie. Wreszcie trafią i tutaj…
— Bardzo im zależy — zauważył. - Powiedziałbym, niezwykle im zależy…
Zacięła usta.
— Nie lękaj się. Odjadę, zanim mnie tu znajdą. Nie narażę cię… Nie bój się.
— Skąd przypuszczenie, że się boję? - wzruszył ramionami. - Że jest powód, by się lękać? Tutaj nikt nie trafi, nikt cię tu nie wyśledzi. Jeśli jednak ty wystawisz nos z trzcin, trafisz twoim prześladowcom prosto w ręce.
