
Harry, młodszy wspólnik, wszedł, kiedy robiła notatki. Był młodym mężczyzną o miłej twarzy i oczach pełnych ciepła. Często flirtowali ze sobą żartobliwie, ale Dawn nigdy nie pozwoliła, aby posunął się dalej, chociaż doskonale wiedziała, że Harry ma na to ogromną ochotę.
– Słyszałem od Jacka, że masz zamiar pracować w święta – powiedział tonem pełnym oburzenia. – Naprawdę chcesz to zrobić?
– Ktoś przecież musi – wyjaśniła. – Zwierzęta mają to do siebie, że chorują także w święta i w wiosce musi być weterynarz gotowy na każde wezwanie.
– Oczywiście, ale dlaczego znowu masz to być ty? Zgodziłaś się wziąć dyżur w ubiegłym roku, a to było twoje pierwsze Boże Narodzenie w Hollowdale, jeśli dobrze sobie przypominam.
– Harry, to naprawdę bez znaczenia – zapewniła go spokojnie. – Jack ma żonę i dzieci, a ty powinieneś odwiedzić rodzinę brata. Twoi mali bratankowie liczą na wujka Harry'ego.
– Och, wpadnę do nich na chwilę, a potem przyjadę ci potowarzyszyć – powiedział z udawaną obojętnością.
– Nie ma takiej potrzeby.
– Nie sądzisz chyba, że przepuszczę okazję przebywania z tobą sam na sam? – zapytał prowokacyjnie.
Roześmiała się łagodnie i wtedy ją pocałował. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, był już za drzwiami. Westchnęła. Lubiła Harry'ego. Był bardzo miły i opiekuńczy. Nie znalazła w nim jednak niczego ekscytującego, a na to nie można było, niestety, nic poradzić.
Jak dotąd tylko jeden mężczyzna sprawił, że jej serce zaczęło bić szybciej. Ale właśnie on złamał to serce. Zdarzyło się to osiem lat temu. Osiem świąt Bożego Narodzenia… Każdej rozsądnej kobiecie wystarczyłoby, aby zapomnieć. Dawn także wystarczyło. Nie zakochała się już jednak nigdy potem, a święta straciły dla niej część swego dawnego czaru.
Jack, starszy wspólnik, skończył właśnie poranny dyżur. Był krępym mężczyzną w średnim wieku i miał szeroką, pogodną twarz.
