
Dom stał na szczycie niewielkiego wzgórza, dominującego nad Hollowdale. Kiedy tam doszła, ziemia pokryta już była białą pierzynką. Stanęła przed drzwiami i zadzwoniła trzykrotnie. Otworzyła jej kobieta o niezbyt przyjemnym wyrazie twarzy.
– Tak?
– Przyszłam porozmawiać z… Przykro mi, ale nie znam nazwiska.
– To znaczy, że nie oczekiwał pani?
– Nie, ale…
– Skoro pani nie oczekiwał, to znaczy, że nie chce z panią rozmawiać. Tylko umówione spotkania. To żelazna zasada.
– Ale mogłaby go pani chociaż zapytać…
– Nie, nie mogłabym. Już raz tak zrobiłam i naraziłam się na poważne nieprzyjemności. To nie jest człowiek, z którym można dyskutować. – Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie. – To nie moja wina. Jestem tylko gospodynią. Robię jedynie to, co mi polecono. Czy chodzi o ten bal?
– Tak.
– Jeśli jeszcze jedna osoba go o to poprosi, to myślę, że zacznie rzucać ciężkimi przedmiotami. Proszę zrobić mnie i sobie tę przysługę i odejść. – Weszła z powrotem do domu i przymknęła drzwi. – Proszę pani! – zawołała jeszcze przez szparę.
Dawn spojrzała z nadzieją.
– Tak?
– Jeśli pani przyjaciele chcą przyjść tutaj kolędować, to proszę im to wybić z głowy.
Zdecydowanym ruchem zatrzasnęła drzwi.
Dawn odwróciła się i już chciała wracać, lecz nagle zatrzymała się. Nie powinna rezygnować tak łatwo. Ruszyła na obchód Grange. Warto było spróbować.
Zapadał już zmrok. Na tyłach domu zauważyła mężczyznę. Patrzył w zadumie na rozległe pola, schodzące łagodnie w dolinę. Zwrócony był do niej plecami i opierał się na lasce. To musiał być on. Człowiek, który żywił nienawiść do całego świata. Nawet jeśli nie uda jej się go przekonać, to przynajmniej wygarnie mu, co o nim myśli. Pochyliła głowę, aby śnieg nie sypał jej w twarz i ruszyła przed siebie.
