Nigdy wcześniej droga nie wydała mu się równie krótka. Nigdy wcześniej nie zdołał tak prędko odnaleźć ścieżki. Nigdy wcześniej nie widział jej za dnia. Po prostu tam była, pod nawisem leśnej trawy czy w kępie wybujałej paproci. Czekała.

Nie zdziwił się nawet – ostatecznie to była jego ścieżka.

Ścieżka ku jego własnemu życzeniu.

Lato dobiegało kresu i krzewy malin uginały się ciężko od owoców czerwonych jak krew i równie słodkich. Graziano rozgarnął je niecierpliwie i przypadł do pagórka na rozstaju dróg. Jeśli cisza stała się jeszcze głębsza, nie usłyszał tego. W martwym, ciężkim powietrzu wyczuwał jedynie niecierpliwość swego życzenia, które nazbyt długo spoczywało pomiędzy korzeniami piołunu i dziewanny. Przenikliwa, wibrująca obietnica sprawiła, że wyrzucił w górę ramiona i wykrzyczał je. Swoje własne życzenie. Później cisza zacisnęła się, wypełniając uszy Graziana niczym gęsta, ciemna woda i unosząc echo jego słów w głąb ziemi.

Nie pamiętał później, co właściwie wołał, stojąc na skraju pagórka, w którym pogrzebano serce smoka. Wiedział, że była w tych słowach ciekawość białego miasta nad brzegiem morza, a także opowieść o władcy, który siedział na spiżowym rumaku z nagim mieczem w dłoni, i złotowłosa księżniczka z opowieści matki. Być może jeszcze wiele innych rzeczy. Po prostu nie umiał sobie przypomnieć.

Ocknął się z gardłem obolałym od krzyku i oczyma pełnymi wirującej czerni, jakby zbyt długo spoglądał w słońce. Podmuch wichru zaszumiał zeschłymi liśćmi malin, przygiął krzewy czarnego bzu i dzikiej róży tak nisko, że wydawały się kłonić przed Grazianem niczym łan zboża. Wysoko na niebie krzyknęła pustułka, a zaraz później rozległ się jeszcze jeden krzyk. Przeraźliwy krzyk mordowanej kobiety.

Najemników było niewielu. Tuzin, może mniej. Dosyć.



12 из 338