
Uśmiechnęła się. Było tak późno, że nawet ulicznice nagabywały tylko siebie nawzajem.
Opuściła mieszkanie kuchennymi drzwiami i ruszyła zapasowymi schodami na dach. Szyber był uchylony dla kota, którego hodował jeden z lokatorów. Sula weszła cicho na płaski, pokryty masą epoksydową dach. Zwykle widać było niewiele gwiazd, gdyż przeszkadzało miejskie oświetlenie; teraz zaciemnienie pozwalało dostrzec mnóstwo olśniewających brylantów rozsianych na aksamitnym sklepieniu.
Na niebie jaśniało też kilka srebrnych łuków, oddzielonych usianą gwiazdami ciemnością. Były to martwe resztki pierścienia akceleracyjnego, który jeszcze niedawno okrążał planetę. Wytwarzał on kluczową dla gospodarki antymaterię, cumowały przy nim statki i składowano tutaj towary; był domem dla osiemdziesięciu milionów ludzi. Gdy nieuchronnie zbliżało się zwycięstwo rebelianckich Naksydów, pierścień ewakuowano, a potem zniszczono, rozdzielając poszczególne jego fragmenty, które wzniosły się na wyższą orbitę.
Pierścień krążył wokół planety przez dziesięć tysięcy lat. Najwspanialsze techniczne osiągnięcie Imperium Shaa przetrwało niecały rok po śmierci ostatniego Shaa. Fragmenty wiszące na niebie, widoczne ze wszystkich rejonów planety, stanowiły bolesne napomnienie, że cywilizacja jest krucha, wszystko jest niepewne, a wojna — okrutna.
To ja wpadłam na ten pomysł, ja pierwsza zasugerowałam, żeby zniszczyć pierścień i w ten sposób utrudnić Naksydom władanie podbitą planetą — pomyślała. Ale pomysł przypisano komuś innemu, a Sula zamiast odlecieć z resztą Floty, utkwiła na planecie z grupą operacyjną Honga.
Patrząc w niebo, myślała: to ja powinnam tam walczyć z Naksydami, być na statku operującym głęboko na terytorium wroga. A tymczasem, żyję tutaj zaszczuta, przemykając między kolejnymi kryjówkami.
