
— Nie dokonają inwazji — powiedziała Joanna stanowczo.
— Ten mały kanadyjski żabojad nie ma na to dość ikry.
Brudnoj przeganiał kościstym palcem krótką siwą brodę. Niezależnie od tego, jak starannie ją przystrzygał, przez cały czas sprawiała wrażenie zaniedbanej.
— Ten mały kanadyjski żabojad wywalczył sobie drogę na sam szczyt ONZ — przypomniał żonie. — I teraz zmusił ONZ, żeby zarzucono nam pogwałcenie traktatu o zakazie stosowania nanotechnologii.
Joanna zrobiła zniecierpliwioną minę.
— Gwałcimy traktat od chwili jego powstania.
— Ale teraz twój mały kanadyjski żabojad ma upoważnienie na wysłanie oddziałów pokojowych, które wyegzekwują postanowienia.
— Naprawdę myślicie, że do tego dojdzie? — zapytała Anson ponownie, lekko pochylając się na krześle.
— Prędzej czy później — odparł Doug.
— Wiedzą, że nie możemy zaprzestać używania nanomaszyn — powiedziała Joanna z goryczą. — Wiedzą, że Baza Księżycowa przestanie istnieć, jeśli zabronią nam korzystać z nanotechnologii.
— I o to im chodzi — mruknął Brudnoj, coraz bardziej zasępiony.
— W takim razie musimy stawić opór — oświadczył Doug.
— Walczyć z żołnierzami? — Anson była przestraszona na samą myśl. — Ale…
— Nie mówiłem o walce. Powiedziałem: stawić opór — sprostował Doug. — Jak?
— Przeanalizowałem sytuację prawną. Moglibyśmy proklamować niepodległość.
Jego matka wyglądała nie tyle na zaskoczoną, ile na zirytowaną takim pomysłem.
— Co to da?
— Jako niezależne państwo nie podpiszemy traktatu, więc jego postanowienia nie będą się do nas odnosić.
Brudnoj wzniósł brwi.
— Ale czy ONZ nas uzna? Czy dopuści nas do członkostwa?
— Faure nigdy na to nie pozwoli — powiedziała Joanna. — Ten mały kanadyjski żabojad ma całe ONZ owinięte wokół swojego wymanikiurowanego palca.
