
Gabinet Douga był nie większy od innych klitek wyciętych w zboczu gór pierścieniowych, ale wszystkie ściany, od podłogi wyłożonej miękkimi płytkami po gładki skalny sufit, pokrywały inteligentne ekrany: płaskie cyfrowe wyświetlacze o wysokiej rozdzielczości, sterowane głosem albo laserem wielkości ołówka, w tej chwili leżącym na biurku.
Doug spoglądał na ekran na lewo od biurka; przewijały się na nim wyniki testów kontrolnych wszystkich systemów Bazy Księżycowej. Na pozostałe dwie ściany mógł wczytać dowolną scenerię, ale wybrał widoki Bazy z kamer ochrony, zmieniające się co dziesięć sekund, ukazujące wnętrza tuneli i dno krateru, gdzie zdalnie sterowane ciągniki nadal pracowały w wykopie, jakby nie działo się nic szczególnego. Ściana za jego plecami była pusta.
Czując narastający niepokój, powiedział:
— Nie chcę, żeby ludzie zaczęli się denerwować. Baza powinna pracować jak zwykle.
— Mimo że Faure wypowiedział nam wojnę? — zapytała Anson.
— To nie będzie zwyczajna wojna. Nie padną w niej strzały.
— Na pewno nie z naszej strony. My moglibyśmy tylko rzucać w nich kamieniami.
— W kogo? — zapytała cierpko matka Douga.
— W żołnierzy sil pokojowych — odparł Doug.
Wszyscy w biurze wydawali się przestraszeni takim postawieniem sprawy.
— Nie sądzisz, że posuną się tak daleko, prawda? — zapytała Anson, po raz pierwszy okazując zaniepokojenie.
Doug podniósł wskaźnik laserowy i wycelował czerwoną kropkę w jedną z ikonek obrzeżających górną krawędź ekranu. Zobaczyli schemat układu Ziemia-Księżyc, z chmurami satelitów wokół Ziemi. Dwanaście satelitów nawigacyjnych krążyło na niskich orbitach Księżyca, a w punkcie L-1 widniała wielka załogowa stacja kosmiczna, reprezentowana przez zieloną plamkę.
— Żadnego ruchu — powiedział. — Dziś rano LPT zacumował przy L-1. Poza tym między orbitami panuje cisza i spokój.
— Na razie — mruknął Brudnoj.
