
— Naszym jedynym sprzymierzeńcem — sprecyzował Brudnoj.
— No dobrze, proklamujemy niepodległość — wtrąciła Anson.
— Co dalej?
— Jeśli Faure nas nie uzna, zwrócimy się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości — odparł Doug.
Joanna pokiwała głową.
— Prawnie zwiążemy mu ręce i będziemy czekać, aż opinia światowa przejdzie na naszą stronę.
— Pobożne życzenia — mruknął Brudnej.
— Myślicie, że się uda? — zapytała Anson.
— Musi — odparła Joanna.
— Jinny — powiedział Doug, wskazując palcem w jej stronę — chcę, żebyś została dyrektorem Bazy.
— Ja? Dlaczego? Nie siedziałam za tym biurkiem prawie osiem lat!
— Doug uśmiechnął się do niej.
— Wiesz lepiej ode mnie, co się święci w tych tunelach. Nie próbuj zaprzeczać.
— Przecież ja zarządzam uniwersytetem — zaoponowała.
— I co ty będziesz robić?
— Działalność uniwersytetu zostanie zawieszona, dopóki Ziemia nie pozwoli się z nami kontaktować. Studenci i tak nie mogą z tobą rozmawiać.
— Ale ty…?
— Studiowałem historię wojen, od kiedy Faure został wybrany na sekretarza generalnego. Dowiedziałem się, że potrzeba nam kogoś, kto poświęci niepodzielną uwagę zaistniałemu kryzysowi. Nie mogę kierować codziennym życiem Bazy Księżycowej i jednocześnie prowadzić wojnę.
— Mówiłeś, że to nie wojna — przypomniała Joanna ostro.
— Nikt do nas nie strzela. Jeszcze nie. Ale musimy być przygotowani na taką ewentualność.
— Nie możesz…
— Doug ma rację — wtrącił Brudnoj, przerywając żonie.
— Powinien skupić się na problemie.
— A ja znów będę dyrektorem Bazy. — Anson nie sprawiała wrażenia niezadowolonej.
Brudnoj wycelował palcem w Douga.
— Będziesz więc naszym generalissimusem. Jinny znów zostanie dyrektorem Bazy. A ty, droga żono — odwrócił się do Joanny — przyjmiesz obowiązki naszego ministra spraw zagranicznych, odpowiedzialnego za stosunki dyplomatyczne z Mastersonem i innymi korporacjami.
