
— A co ty będziesz robić, Lew? — zaciekawiła się Joanna.
— Ja? — Krzaczaste brwi Brudnoja wspięły się niemal do połowy czoła. — Poprzestanę na tym, co robiłem do tej pory. Będę uprawiać rolę.
— Aha, pewnie — ćwierknęła Anson.
Brudnoj wzruszył ramionami.
— Nie mam wygórowanych ambicji. Ale jeśli wolno mi powiedzieć, przydałoby się poparcie wiejkich korporacji.
— Zajmę się kontaktami z Masterson Corporation — obiecała Joanna. — Spróbujemy nacisnąć na rząd w Waszyngtonie, żeby sprzeciwił się decyzji ONZ.
— O ile zarząd opowie się po naszej stronie — zaznaczył Doug.
Jego matka władczo wzniosła brew.
— Mówiłam ci, zarządem nie musisz się przejmować.
— Ani Rashidem?
— Ani Rashidem. — Joanna odwróciła się do męża i dodała: — To on ma wygórowane ambicje.
— Dobra — powiedziała Jinny Anson. — Ja pokieruję Bazą, a ty Doug, wojną.
— Wielkie dzięki.
— Ktoś musi…
— Zaraz! — warknął Doug. Na lewym ekranie mrugała ikona symbolizująca wiadomość. Pilną wiadomość. Czerwona kropka odsunęła się od roju satelitów na niskiej orbicie Ziemi i zmierzała w ich stronę.
— Komunikat — zawołał Doug tonem rozpoznawanym przez komputer. Głos drżał mu leciutko.
— Załogowy statek kosmiczny opuścił bazę wojskową na Korsyce — zameldował technik łączności. — Wszedł na bezpośrednią trajektorię lunarną.
— Żołnierze sił pokojowych — powiedział Doug.
— Na pewno.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— I co teraz, szefie? — zapytała Jinny Anson.
Lądowanie minus 114 godzin 35 minut
— Pięć dni — powiedział Doug do kobiety na ekranie. — Będą tutaj za niecałe pięć dni.
