Tamara Bonai lekko zmarszczyła czoło, między jej brwiami pojawiły się dwie pionowe kreseczki. Były ledwo dostrzegalne, ale na eterycznie pięknej twarzy wyglądały jak szpetne blizny. Jej twarz była marzeniem rzeźbiarza: wyraźnie zarysowane kości policzkowe i migdałowe oczy, skóra o jasnym odcieniu drewna tekowego, kaskada długich włosów, lśniąca i czarna jak nieskończoność przestrzeni.

Doug miał przed sobą obraz naturalnej wielkości. Tamara Bo-nai siedziała za biurkiem, jak on. Wyglądało to tak, jakby jego biuro otwierało się na jej gabinet na Tarawie: lunarna skała i inteligentne ekrany nagle ustępowały tropikalnemu drewnu i bambusowi.

— Kiedy wybrałam się do Bazy Księżycowej — powiedziała — podróż trwała tylko jeden dzień.

— Leciałaś na pełnym ciągu — wyjaśnił Doug. — Statek żołnierzy wszedł na maksymalnie oszczędną trajektorię.

Bonai uśmiechnęła się lekko.

— Chcą zaoszczędzić pieniądze, lecąc taką trasą?

Doug zmusił się do śmiechu.

— Wątpię. Sądzę, że chcą nam dać jak najwięcej czasu na przemyślenie sprawy i poddanie się.

Rozkosznie krzywiąc usta, Bonai zapytała:

— To właśnie zrobisz? Poddasz się?

— Nie. Jesteśmy prawie samowystarczalni. Przez długi czas możemy obywać się bez Ziemi.

Jeśli odpowiedź ją zaskoczyła, to tego nie okazała. Doug zastanowił się, czy ktoś podsłuchiwał ich rozmowę. Rozmawiali na łączu laserowym, ale nawet najbardziej wąska wiązka pokonując czterysta tysięcy kilometrów między Ziemią a Księżycem, rozszerzała się w stożek o podstawie kilku kilometrów. Wyspa Tarawa była mała, ale wystarczająco duża, by Rashid czy ktoś inny mógł przechwycić sygnał.

— Jesteście przygotowani do walki z żołnierzami? — zapytała.

— Nie zamierzamy poddać Bazy.

Wyglądała na szczerze przejętą.

— Ale oni mają karabiny… inną broń. Co wy macie?



15 из 422