
— Tak, oczywiście — zapewnił Doug. — Gdy tylko sytuacja się wyklaruje.
— Rozumiem. My z pewnością nie sprzeciwimy się waszej niepodległości.
Uśmiechnął się do niej.
— Dzięki, Tamaro. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.
Minęły trzy sekundy.
— Życzę szczęścia, Doug.
— Jeszcze raz dziękuję. Szczęście z pewnością się przyda.
Lądowanie minus 114 godzin
Wieści rozeszły się po korytarzach Bazy Księżycowej z prędkością dźwięku. W pracowniach i biurach, w kwaterach mieszkalnych i laboratoriach, w porcie kosmicznym, przy katapulcie, nawet na powierzchni, gdzie pracowała garstka ludzi w skafandrach, powtarzano te same słowa: Jesteśmy w stanie wojny. Żołnierze ONZ zmierzają do Bazy.
Najwyższy czas, pomyślał najemnik. Po latach opieprzania się, uników i prób zagadania problemu na śmierć, dyplomaci w szykownych garniturkach zarzucili tę wymijającą taktykę i wreszcie przystąpili do działania.
Na chwilę oderwał się od wykonywanej pracy, która zresztą sprawiała mu sporą satysfakcję. Nikt nie podejrzewał, że jest głęboko zakonspirowanym agentem, profesjonalnym zabójcą. Zainstalowany w Bazie prawie przed rokiem, wniknął w środowisko i czekał stosownej chwili. Gdy postawił stopę na Księżycu, stracił kontakt z mocodawcami i musiał działać na własną rękę.
Unieruchomić Bazę Księżycową. Taki był cel jego misji. Od’ wielu miesięcy badał wszystkie systemy i personel Bazy. Podpo-wierzchniowe korytarze były żałośnie bezbronne w przypadku sabotażu. Każdy haust powietrza, każda cząsteczka wody zależała od skomplikowanej maszynerii kierowanej przez wyrafinowane programy komputerowe. Najemnik wiedział, że w tym przypadku „wyrafinowane” oznacza mało odporne. Wirus komputerowy mógł rzucić Bazę Księżycową na kolana w ciągu paru godzin, może nawet minut.
