
Faure wybrał doskonały moment, pomyślał Doug. W połowie pierwszej fazy budowy głównego placu, z tuzinami dodatkowych robotników na głowie i bez jednego statku kosmicznego w porcie rakietowym. Mamy nawet trupę tancerzy z Kanady; trzydzieści pięć gąb do wykarmienia.
Wyprostował plecy i przeciągnął się, aż strzeliły mu kręgi. Dobre i to, powiedział do siebie, że baletnice dbają o linię. Mam nadzieję.
Z dwóch tysięcy czterystu siedemdziesięciu siedmiu osób przebywających w Bazie Księżycowej tylko jedna miała kontakt z wojskiem, technik budowlany pracujący przy nowych zbiornikach do upraw hydroponicznych, niejaki Leroy Gordette. Jego akta świadczyły, że odsłużył cztery lata w armii Stanów Zjednoczonych; zaciągnął się jako siedemnastolatek, niemal dziesięć lat temu.
Zdjęcie na ekranie ukazywało poważnego, niemal ponurego Afro-Amerykanina o zaczerwienionych oczach i włosach po wojskowemu ściętych na zapałkę. Wygląda dość groźnie, pomyślał Doug.
— Lepszy rydz niż nic — mruknął. — Telefon — zawołał.
— Z kim łączyć? — zapytał bezpłciowy syntezowany głos.
— Leroy Gordette.
— Nie zgłasza się — poinformował po chwili komputer. — Mam go poszukać czy zostawisz wiadomość?
— Zostawię wiadomość.
— Nagrywam.
— Panie Gordette, tu Douglas Stavenger. Proszę do mnie zadzwonić, jak najszybciej. Sprawa dotyczy sytuacji militarnej.
Oglądając się wstecz, Doug zrozumiał, że konfrontacja była nieuchronna od dnia, kiedy sekretarzem generalnym Organizacji Narodów Zjednoczonych został Georges Faure.
