
Tylko rząd światowy mógłby zmierzyć się z globalnym problemem przeludnienia. Tylko prawdziwy rząd światowy miałby cień szansy na bardziej równomierną redystrybucję bogactw świata. Taki był obwieszczany wszem i wobec cel Faure’a.
Doug zgadzał się, że cel wart jest zachodu, witalny, decydujący o przeżyciu rodzaju ludzkiego. Wiedział też, że nigdy nie zostanie osiągnięty; nie w taki sposób, w jaki zamierzał Faure.
Sygnał komputera wyrwał go z rozmyślań. Mrugało do niego światełko wiadomości.
— Odpowiedz — polecił.
Nie był to Gordette. Doug poznał technika łączności z centrum kontroli.
— Doug, odbieramy przekaz z L-1. Na jednej częstotliwości. Sekretarz generalny Narodów Zjednoczonych wygłosi przemówienie i chce, żebyśmy go wysłuchali.
— Dobra — powiedział Doug, ze zmęczeniem opadając na krzesło. — Puść przez radiowęzeł, żeby wszyscy mogli posłuchać.
— Dobrze.
Potem wpadł na lepszy pomysł.
— Czekaj. Ogłoś, że wszyscy, którzy nie pracują, mają iść do Groty. Daj Faure’a na ekran. Niech wszyscy to zobaczą.
— Ty też przyjdziesz?
— Tak — odparł, podnosząc się z krzesła.
Lądowanie minus 112 godzin
Georges Faure nie czuł się ani trochę zdenerwowany, gdy wchodził powoli na podium. Sala Zgromadzenia Ogólnego była zajęta do ostatniego miejsca, ale panowała w niej taka cisza, że słyszał swoje kroki na marmurowej posadzce. Delegaci stawili się co do jednego. Reporterzy tłoczyli się z tyłu i w bocznych przejściach, skupiając na nim obiektywy kamer. Galeria dla gości pękała w szwach.
Faure był niewysoki i miał sylwetkę gruszki, ale ubierał się tak wytwornie, że nikt nie zwracał uwagi na mankamenty jego figury.
