
Oczy małe, głęboko osadzone, ciemne i rozbiegane, stale śmigały tu i tam, obserwując, oceniając, sondując, osądzając. Wielu za jego plecami szeptało, że ma oczy oportunisty, karierowicza, politykiera. Faure wiedział, co o nim mówią: że jest człowiekiem mającym zbyt wysokie mniemanie o sobie, zżeranym przez wygórowane ambicje. Wcale nie, powtarzał sobie z uporem; napędzała go nie osobista ambicja, tylko wewnętrzne pragnienie, zapał, uświęcona misja: chcę ocalić świat przed nim samym, zaprowadzić porządek i zapewnić stabilizację ludzkości; chcę zapobiec tragedii chaosu i katastrofie zagrażającej błądzącym mieszkańcom Ziemi.
Dotarł do marmurowego podium. Podłoga z tyłu była lekko podniesiona w taki sposób, by nikt z audytorium nie widział, że tworzy platformę. Uśmiechając się do rzędów oczekujących twarzy, wsparł się o mównicę, odciążając bolącą stopę. Odczekał chwilę, pławiąc się w cieple niepodzielnej uwagi każdego delegata, żarze kamer i magnetofonów, podziwie publiczności. Pierwsza linijka przemówienia już widniała na elektronicznym prompterze; w dzbanku na mównicy stała jego ulubiona woda Evian. Wszystko na swoim miejscu.
Zagaił:
— Delegaci Zgromadzenia Ogólnego i Rady Bezpieczeństwa, przedstawiciele środków masowego przekazu, członkowie publiczności i obywatele świata — stoję przed wami z sercem przepełnionym smutkiem i nadzieją.
Przed siedmioma laty na mocy porozumienia wzajemnego państw członkowskich tej dostojnej organizacji wprowadzono mądry, dalekowzroczny zakaz prowadzenia wszelkich prac nanotech-nologicznych. Z przyjemnością informuję, że ostatni kraj na Ziemi, wzbraniający się przed podpisaniem traktatu i wyrażeniem zgody na zawarte w nim postanowienia, został jego sygnatariuszem. Kiribati dołączyło do wielkiej wspólnoty narodów!
