
Burza oklasków rozszalała się w ogromnym audytorium. Bystry obserwator zauważyłby, że zaczęła się w sekcji, gdzie siedzieli biurokraci ONZ: podwładni Faure’a.
Doug siedział przy stoliku w Grocie, starej kafeterii, obserwując Faure’a na ściennym ekranie. Przestronna Grota była pełna po brzegi; zgromadzili się tutaj wszyscy wolni od służby. Wszystkie miejsca przy długich stołach zostały zajęte i ludzie stali ramię w ramię w przejściach między stołami; jedynymi wolnymi miejscami były kwadraty wypielęgnowanej trawy na skalnej podłodze. Jak na rozbłysk-party, pomyślał Doug, choć nikt nie pił ani nie tańczył. Ani się nie śmiał.
Ogromna, powiększona twarz Faure’a wisiała nad nimi na szerokim oknościanie niczym oblicze elektronicznego bóstwa.
— Są jednak zbłąkane dusze — mówił sekretarz generalny, mimowolnie muskając palcem wąsy — które pytają, dlaczego nanotechnologia musi być zakazana. Są tacy, którzy kwestionują naszą politykę.
Podniósł głowę i uśmiechnął się machinalnie, mrużąc małe oczka.
— Parafrazując słowa amerykańskiego rewolucjonisty Jeffersona, z szacunku dla opinii publicznej winniśmy wyłuszczyć przyczyny, które skłoniły nas do podjęcia takiej decyzji.
Jinny Anson, siedząca obok Douga przy długim stole, syknęła:
— Powoływanie się na Jeffcrsona to czysta przesada.
Doug bez słowa pokiwał głową.
Faure mówił:
— Mówią nam, że nanotechnologia oferuje ogromne korzyści w dziedzinie medycyny. Entuzjaści twierdzą, że nanomaszyny wprowadzone do ludzkiego organizmu mogą przedłużać życie i zapewniać idealne zdrowie. Tak, to możliwe. Ale komu? Głodującym masom w Afryce czy Ameryce Łacińskiej? Tym, których zabija zaraza, bo nie stać ich na szczepienia i podstawową opiekę lekarską?
