
Węgier Zoltan Kadar szczycił się, że jest bystrzejszy i sprytniejszy od zwyczajnych śmiertelników. Fakt, był jednym z najlepszych astronomów na świecie, obdarzonym wyjątkową inteligencją.
Teraz jednak czuł się sfrustrowany i, co gorsza, lekceważony.
Z zaciśniętymi pięściami, wymachując rękami jak żołnierz na paradzie, kroczył korytarzem w kierunku biura dyrektora Bazy. Był raczej niski, dość szczupły, zwinny, zbudowany jak szermierz. Miał głębokie zakola i ciemne, proste włosy, które tworzyły ostry szpic nad gęstymi brwiami, nadając mu demoniczny wygląd. Z tego powodu ludzie nazwali go Draculą, choć kiedy poznali go lepiej, zmienili przezwisko na Franta. Kadar był dumny, że tak go widzą.
— Hej, Frant, dokąd idziesz?
Kadar odrobinę zwolnił kroku, gdy poznał Clemensa, szefa działu transportu. Harry Clemens był jednym ze starszych inżynierów, prawdziwym lunonautą, od lat pracującym w Bazie Księżycowej.
— Cześć, Harry.
Wytężając się, żeby dotrzymać kroku Kadarowi, Clemens — chudy, łysiejący, wątły — powiedział:
— Rany, masz taką minę, jakbyś zamierzał poprowadzić szarżę lekkiej brygady.
— Odwołali mój lot badawczy na drugą stronę — wycedził Kadar przez zaciśnięte zęby. — Zamierzam wciągnąć go z powrotem do harmonogramu.
— Aha, słyszałem. Paskudnie.
— Dla nich. Nie mogą ot tak sobie przerywać mi pracy.
— Pstryknął palcami lewej ręki.
— Wszystko stanęło w miejscu. Prowadzimy wojnę, wiesz.
— Ha!
— Totalny zastój, wiesz. Żołnierze sił pokojowych są w drodze.
— A co to ma wspólnego z budową obserwatorium po drugiej stronie?
Clemens, inżynier, umiał poznać kamienny mur na pierwszy rzut oka.
— Tutaj muszę skręcić. Pomagam grupie nanotech zamknąć żuki budujące kliper.
— Do zobaczenia, Harry.
— Mam nadzieję, że osiągniesz cel, aleja bym na to nie liczył.
