I gniew, głęboki, tlący się gniew na ślepych, fanatycznych ignorantów grożących Bazie wojną i unicestwieniem.

Kipiąc ze złości, wrócił do ciągnika i wspiął się na siedzenie z gołego metalu. Grunt na przełęczy pożłobiony był przez gąsienice traktorów, od lat przeorujące pylisty regolit. On sam przejechał całą drogę wokół tych łagodnie zaokrąglonych gór; okrążenie krateru nie było łatwe, nawet ciągnikiem. Alfons był taki wielki, że góry pierścieniowe znikały za bliskim lunarnym horyzontem. Wycieczka zabrała mu prawie tydzień, przez cały czas w skafandrze, który na długo przed powrotem nabrał mocno dojrzałego zapachu. Ale w trakcie samotnej wędrówki znalazł upragniony spokój i wewnętrzną równowagę.

Nie dziś. Nawet tutaj nie znalazł spokoju.

Kiedy zjechał na dno krateru, spojrzał za bezkompromisową krechę horyzontu i zobaczył Ziemię wiszącą na ciemnym niebie, jarząca się błękitem, przybraną pasmami śnieżnobiałych chmur. Nie doświadczał tęsknoty, poczucia straty ani nawet ciekawości. Czuł tylko głęboką pogardę i gniew. Palący gniew. Jego prawdziwym domem był Księżyc, nie ten daleki zakłamany świat, gdzie za każdym uśmiechem kryła się przemoc i zdrada.

I uświadomił sobie, że złości się na siebie, nie na dalekich, anonimowych mieszkańców Ziemi. Powinienem był przewidzieć, że do tego dojdzie. Od siedmiu lat wywierali na nas naciski. Powinienem był coś wymyślić, żeby uniknąć otwartego konfliktu.

Zaparkował ciągnik i ruszył wzdłuż wykopu, stawiając długie, płynne kroki, które w niskiej grawitacji Księżyca wyglądały jak rodem ze snu. Zobaczył, że wykop jest prawie ukończony. Niemal byli gotowi do rozpoczęcia następnej fazy, bardziej finezyjnej. Ciągniki, idealne do usuwania ogromnej masy pyłu i skały, miały ustąpić wyspecjalizowanym nanomaszynom, opracowywanym w tym celu w laboratoriach.



5 из 422