Zastanowił się, czy kiedykolwiek osiągną ten etap. Czy Baza Księżycowa zostanie porzucona i zawieszona w czasie, zamrożona w pozbawionej powietrza pustce nieskończoności? Co gorsza, może zostać wysadzona, zbombardowana, zniszczona na zawsze.

Nie wolno do tego dopuścić! Nie pozwolę, by tak się stało. Niezależnie od okoliczności, nie dam im pretekstu do użycia siły.

— Kłaniam się, witam! — W słuchawkach zadudnił głos Lwa Brudnoja.

Wyrwany z zadumy Doug podniósł głowę i zobaczył zbliżającą się wysoką postać w skafandrze koloru kardynalskiej purpury. Skafandry uniemożliwiały identyfikację, więc długoterminowi lunatycy zaczęli nadawać im osobisty charakter. Brudnoj wyróżniał się także wdziękiem ruchów — w pękatym kosmicznym stroju chodził tak swobodnie, jak w zwyczajnym ubraniu.

— Lew, co ty tu robisz?

— Jakże serdecznie witasz ojczyma!

— Przecież wiesz, dlaczego.

— Postanowiliśmy z twoją matką przybyć teraz, bo później już może nie być okazji.

Doug pokiwał głową, przyznając mu rację.

— Słusznie. Mogą na jakiś czas wstrzymać loty.

— Jak się czujesz w skafandrze?

Doug zapomniał, że nosi nowy model.

— Świetnie — odparł z roztargnieniem, nadal skupiony na pracach w wykopie.

— Rękawice sprawują się zgodnie z obietnicami inżynierów? — dociekał Brudnoj, podchodząc do niego.

Doug wyciągnął rękę i powoli zacisnął ją w pięść. Czuł wibracje maleńkich serwomotorów, poruszających wykonanymi ze stopu „kośćmi” egzoszkieletu na grzbiecie dłoni.

— Nie próbowałem zgniatać nimi skał — powiedział na wpół żartem.

— Ciśnienie nie jest uciążliwe? Możesz zginać palce bez wysiłku?

Doug pokiwał głową.



6 из 422