Po chwili w słuchawkach rozbrzmiał głos byłej dyrektorki Bazy.

— Tu Anson.

— Jinny, mówi Doug. Muszę z tobą porozmawiać, natychmiast.

— Wiem — odparła ponuro.

— Gdzie jesteś?

— W biurze uniwersyteckim.

— Przyjdź do mnie za kwadrans.

— Dobrze.

Doug popędził ku śluzie szybkimi, posuwistymi susami. Brud-noj dotrzymywał mu kroku.

— Zaczęło się.

— Powiadomię twoją matkę — powiedział Rosjanin.

Z gorzkim uśmiechem Doug odparł:

— Już wie, jestem pewien. Nie wypowiedzieliby nam wojny bez jej wiedzy.

Lądowanie minus 115 godzin 55 minut

— A więc stało się — powiedziała Jinny Anson, uśmiechając się wyzywająco. — Cholerne dupki.

Anson, Brudnoj i Joanna siedzieli przez biurkiem Douga. Anson niemal nonszalancko rozpierała się na siatkowym krześle. W wygodnych znoszonych dżinsach i welurowej bluzce z dekoltem wyglądała energicznie i zadziornie. Miała krótkie włosy, nadal złociste, i stalo-

woszare oczy, w tej chwili zdradzające tłumiony gniew.

Joanna sprawiała wrażanie opanowanej, choć Doug wiedział, że spokojna mina matki maskuje wewnętrzne napięcie. Jej długie do ramion włosy mieniły się popielatym złotem i srebrzystą szarością, ale ogółem wziąwszy, nie wyglądała na więcej niż czterdzieści lat. Jak zwykle była elegancko ubrana; miała wzorzystą koralową spódnicę z lekko obciążonym rąbkiem, żeby układała się jak trzeba w niskiej grawitacji, i świeżo wyprasowaną białą bluzkę z diamentowanymi zapinkami pod szyją i przy mankietach.

Między kobietami siedział Brudnoj. Jego pociągła twarz ze skołtunioną siwą brodą wyglądała ponuro, oczy miał podkrążone. W porównaniu z nieskazitelnym strojem żony jego ciemny golf i pomięte dżinsy prezentowały się niemal niechlujnie. Buty miał poszarzałe i wyświechtane ze starości.



8 из 422