
— Jednostka Kultury czekała ukryta w zewnętrznej warstwie płaszcza słonecznego.
— W słońcu?! — zdumiał się Horza i odruchowo zerknął na drzwi celi, jakby to była wina Balvedy. — Ci dranie robią się coraz sprytniejsi.
— Rzeczywiście — warknął Idirianin, a następnie odwrócił się na środkowej nodze. — Za mną, człowieku!
Horza posłusznie puścił się biegiem, jednak zaledwie po kilku krokach wpadł z impetem na szerokie plecy querla, który zatrzymał się raptownie, obejrzał za siebie i z trudnym do zinterpretowania wyrazem szerokiej ciemnej twarzy spojrzał na stojącego przy drzwiach wartownika.
— Straż! — prychnął. Żołnierz wyprężył się jeszcze bardziej. — Zabić tę kobietę.
Zaraz potem Idirianin odszedł szybkim krokiem. Horza przez kilka sekund stał jak posąg. Dopiero kiedy strażnik ściągnął broń z ramienia, otworzył drzwi i zniknął w celi, Metamorf odwrócił się i pobiegł za starym querlem.
Przy śluzie dogonił ich medjel. Xoralundra bez słowa wziął od niego hełm, włożył Horzy na głowę i dopiął zaciski.
— W śluzie znajdziesz osobisty generator hiperprzestrzeni. Oddal się, na ile to możliwe. Flota powinna się tu zjawić za dziewięć godzin standardowych. Nie musisz nic robić; skafander sam nada wezwanie o pomoc. Ja…
Idirianin przerwał, ponieważ okręt wykonał gwałtowny unik, chwilę później zaś rozległ się donośny huk i podmuch powietrza cisnął Horze o ścianę. Xoralundra, stojący pewnie na trzech szeroko rozstawionych nogach, nawet nie drgnął, medjel natomiast zdążył tylko kwiknąć i potoczył się po podłodze. Querl, klnąc głośno, kopnął rozpłaszczonego przy ścianie jaszczura, który natychmiast zerwał się na nogi i pognał co sił. Krążownik ponownie zatoczył się jak pijany, zadudnił sygnał alarmowy, zaśmierdziało spalenizną. Gdzieś z góry dobiegał stłumiony łomot, towarzyszyła mu wrzawa donośnych głosów.
