
Jim z chłopaczkiem wpychali do wnętrza nieporęczny kontener, co nie było proste. Spieszyli się. Leskin usiadł przy otwartym górnym włazie, wyglądał na zewnątrz i milczał.
Kiedy pojemnik znalazł się już w środku, malutki kierowca zwrócił się do Pawłysza i powiedział głębokim, pięknym głosem:
— Dzień dobry, doktorze. Jestem Mała Tatiana.
Pawłysz przedstawił się, z największym trudem powstrzymując się od uwagi, że nigdy jeszcze dotąd nie widział tak brudnej kobiecej twarzy.
Mała Tatiana sprawnie zajęła miejsce kierowcy i ruszyła tak gwałtownie z miejsca, że Pawłysz omal nie wyrżnął głową w swój ulubiony hak. Pomyślał, że nie zdążył nawet zauważyć, jaka tu jest pogoda. Łazik podskakiwał na wybojach. Załoga stacji nie bawiła się w budowę drogi.
5
Łazik jechał chwilę po równym, a potem gwałtownie się zatrzymał. Światło za iluminatorami zmieniło się, stało się ciepłe, żółte.
— Jesteśmy na miejscu — powiedziała Tatiana.
Pawłysz zauważył, że jego towarzysze podróży natychmiast rozluźnili się, jakby znikło napięcie, które dotychczas im doskwierało.
— Niech pan mi pomoże wyładować pojemnik — powiedział Jim. — Szkoda byłoby rozbić coś teraz, kiedy znaleźliśmy się w domu.
— Słusznie — zgodził się Pawłysz. — Zwłaszcza że w środku są śledzie i czarny chleb.
— Śledzie — ucieszył się Jim. — W takim razie sam poniosę kontener niczym skąpy rycerz swój ukochany kuferek. — Najwidoczniej pilot miał słabość do przysłów i porzekadeł.
Tatiana otworzyła właz i tym razem nikt nie zabraniał Pawłyszowi wyjść na zewnątrz.
