
Łazik stał w garażu, zbudowanym solidnie, jak bastion twierdzy. Drzwi były zamknięte. Garaż był jasno oświetlony i na pierwszy rzut oka widać było, że jest wygodny, a nawet przytulny, jak bywają przytulne pracownie lub warsztaty, których gospodarze nie troszczą się o opinię otoczenia, lecz po prostu mieszkają tam i pracują.
Przed łazikiem stała szczupła kobieta z krótkimi, puszystymi, wijącymi się ciemnymi włosami, które opadały jej grzywką na czoło. Miała drobniutką twarz z ostrym podbródkiem i wielkimi oczyma, a kąciki jej pełnych warg były odrobinę uniesione do góry. Była widocznie pedantyczną czyścioszką, bowiem ani na kombinezonie, ani na twarzy, ani na wąskich dłoniach Pawłysz nie dostrzegł najmniejszej skazy. „Wody mają tu pod dostatkiem” — stwierdził w duchu.
— Doktor Pawłysz? — zapytała, ale nie czekała na odpowiedź. — Dzień dobry. Nazywam się Nina Rawwa. Jestem kierownikiem stacji. Zajmie pan pokój, w którym dotychczas mieszkał Streszny. Proszę odpocząć, a potem zjemy razem obiad.
— Dziękuję — odparł Pawłysz, z największym trudem zwalczając w sobie chęć wyznania, że niezmiernie miło jest ujrzeć nareszcie czystego człowieka.
Coś załomotało po dachu, jakby na garaż zwaliła się lawina kamieni. Zadrżały lampy, a jedna z nich pękła i rozsypała się.
Wszyscy znieruchomieli, a „lawina” nadal waliła w strop.
— Co to? — zapytał Pawłysz, ale nikt go nie usłyszał.
— Idziemy! — krzyknął Jim. — On teraz długo będzie tak hałasował.
— A nie mówiłem — powiedział Leskin — żeby pomalować dach na zielono!
— Należałoby… — zaczęła Mała Tatiana, ale Nina jej przerwała.
— Ani mi się waż. — Doskonale się rozumiały.
Pawłysz zwrócił uwagę na szeroki plaster, zakrywający niemal całe czoło Tatiany i kiedy odprowadzała go do jego pokoju, powiedział:
— Jeśli pani również ma jakieś zadrapanie, to proszę do mnie zajrzeć, bo może się zaognić.
