
— Już się prawie zagoiło — odparła Tania, lecz Pawłysz jej nie uwierzył.
— A w ogóle to blizny zdobią dzielnych zwiadowców. Zupełnie nie rozumiem Niny, która zapuściła sobie grzywkę, żeby nikt nie widział śladu smoczych pazurków. Dobrze przynajmniej, że nie straciła oka.
Zatrzymali się przed drzwiami.
— Jesteśmy na miejscu — powiedziała Tania. — Tu mieszkał Streszny. Tylko proszę niczego nie przekładać. Doktor tego panu nie daruje. Jest pedantem.
6
— Obiad będzie za pól godziny — powiedziała Tatiana. — Przechodziliśmy obok jadalni. Trzecie drzwi stąd. Zapamięta pan?
— Dziękuję. A gdzie jest szpital?
— Nina wszystko panu opowie. Proszę się nie lękać o chorych. Gdyby tylko o nich chodziło, nie prosilibyśmy o pomoc. Będą następni — zakończyła z przekonaniem i natychmiast zmieniła temat — w szafie są rzeczy Stresznego. Może ich pan używać, on nie będzie miał tego za złe. Tam jest moskitiera i tak dalej.
Gdy Tatiana wyszła, Pawłysz postanowił się przebrać. Przyleciał w niebieskim codziennym mundurze Służby Kosmicznej i wyglądał teraz jak papuga wśród wróbli. Rozpakował torbę, wyjął mydło, szczotkę. Po umywalce nerwowo biegały malutkie owady, podobne do czarnych mróweczek. Spłukał je strumieniem wody, umył się i podszedł do okna. Przez kratę widać było zbocze wzgórza, na którego szczycie wznosiła się stacja. Na zboczu, zbiegającym w dół, ku lasowi, rosły niskie krzewy, między którymi stały rzadko krępe drzewa. A dalej, aż do horyzontu, rozciągała się smętna, szarozielona równina. Daleko, daleko w mgiełce majaczyło jeszcze jedno wzgórze. O jakieś trzy kilometry od stacji płynęła przez równinę rzeka, odbijając jasne, sinawe chmury, półprzeźroczyste, przepuszczające światło słoneczne. Dzięki temu wszystkie przedmioty rzucały lekkie, rozmyte cienie, a same stawały się bezcielesne i nie-ważkie. Placyk przed stacją był pusty i tylko na samym jego skraju, nad stojakiem jakiegoś przyrządu, unosił się rój owadów.
