Stacja była niewielka, lecz sprawiała wrażenie rozległej z powodu mnóstwa drzwi, zakamarków i nisz, laboratoriów, magazynów oraz izdebek o niewiadomym przeznaczeniu. Pawłysz zatrzymał się przed drzwiami większymi od pozostałych, które, jak sądził, wiodły do garażu. Odrzwia były zamknięte od środka na solidny rygiel własnej roboty. Odsunął go z wysiłkiem i przekonał się, że był w błędzie: drzwi prowadziły na dwór. W twarz uderzył go powiew ciepłego, wilgotnego powietrza wypełnionego brzęczeniem owadów. Pawłysz zrobił krok do przodu, ale w tej samej chwili ktoś brutalnie chwycił go za ramię i szarpnął do tyłu.

Leskin zasuwał rygiel.

— Zwariował pan? — zapytał bezceremonialnie.

— Przepraszam — odparł Pawłysz — ale jeszcze nie poznałem miejscowych zwyczajów.

— Jeśli zamierza poznawać je pan w ten sposób — niedługo pan pożyje — oświadczył Leskin. Ku zdumieniu Pawłysza umył się i okazał się teraz całkiem statecznym mężczyzną około pięćdziesiątki, z twarzą pobrużdżoną tak głębokimi zmarszczkami, jakby natura rzeźbiła je stolarskim dłutem, a nie delikatnym rylcem.

— W najlepszym razie napuściłby pan pełną stację komarów — kontynuował Leskin. — Pozarażałby pan wszystkich febrą i siebie przede wszystkim. Proszę się nie obrażać, tylko przyzwyczajać. Niebawem widok otwartych drzwi również i w panu zacznie wzbudzać przerażenie. Szukał pan jadalni?

— Nie! Stołowników!

— Stołownicy są w garażu. Obiad się spóźni. Chciałem pana o tym zawiadomić.

Okazało się, że drzwi od garażu są obok.

— Proszę wejść — powiedział Leskin już bardziej przyjaznym tonem — oni zaraz wrócą.

Garaż był pusty. Łazik zniknął. Leskin coś usłyszał i pospieszył w stronę dźwigni otwierającej bramę wjazdową.

— Proszę się nie bać, doktorze — powiedział.



21 из 215