Pawłysz nie wiedział, czego się ma bać, ale na wszelki wypadek cofnął się pod ścianę.

W rozsuniętych wierzejach garażu ukazała się tępa maska łazika. Pojazd toczył się wolno, z godnością, niczym drwal wracający do domu z porządnym kawałem drewna. Równie uroczyście przetoczył się przez cały garaż i zatrzymał się dopiero pod ścianą. Holował za sobą ogromne szare cielsko, z którego zwisały dwie czarne szmaty wielkości żagli fregaty.

Na tle białego prostokąta wrót tańczyły dwie ludzkie figurki. Wyglądały jak kukiełki w teatrze cieni. Wymachiwały rączkami, biegały, podskakiwały. Coś wielkiego i ciemnego zasłoniło na moment światło i natychmiast rozległ się trzask wystrzału. Ktoś uniósł dźwignię i drzwi zamknęły się, odcinając hałas i krzątaninę.

— Czy są wszyscy? — zapytała Nina. Twarz miała zasłoniętą czymś w rodzaju czarczafu. W ręku trzymała pistolet.

— Wszyscy — odparł Jim, zeskakując z łazika. — Policzyłem.

Mała Tatiana podeszła do szarego cielska i postawiła na nim nogę.

— Maharadża Hajdarabadu i upolowany przez niego tygrys ludojad. Gdzie jest fotograf?

— Tatiana, nie wygłupiaj się — powiedział Leskin. — Może on jeszcze żyje.

— Nigdy tygrys nie uchodził z życiem spod lufy młodego maharadży — zaoponowała Tatiana.

Zgubiła gdzieś plaster i całe czoło miała we krwi. Pawłysz zauważył to mimochodem, gdy same nogi poniosły go w stronę potwora rozciągniętego na posadzce. To był smok. W każdym razie nie potrafił znaleźć innego określenia. Smok miał łeb co najmniej metrowej długości, błyszczące żółte zębiska i groźne wytrzeszczone szkliste ślepia. Czarne żagle okazały się skrzydłami.

A więc tak wyglądał winowajca wszystkich kłopotów i nieszczęść, teraz powalony i zwyciężony.

— Ładny ptaszek — powiedział Jim do Pawłysza. — Nie widywał go pan przedtem? Rozpiętość skrzydeł piętnaście metrów.

— Uchowaj Boże — powiedział Pawłysz. — Nie lubię takich znajomości.



22 из 215