
Za kwadrans szósta czasu środkowoeuropejskiego Ganszyn dosiadł skutera i na wszelki wypadek przywiązawszy Julkę krótką linką poprowadził go, kierując się wskazówkami astronawigacyjnego komputera, w to miejsce, gdzie za piętnaście minut powinien był znaleźć się „SOS-3”.
Według wszelkich prawideł orbitalnej gościnności w śluzie przywitał ich Aszot i powiódł do swej kabiny. Jednakże dwaj młodzieńcy natychmiast porwali Julkę i zaczęli jej pokazywać wszystko, gdzie tylko mogła wsunąć swój zadarty nosek. Już taki miała talent — gdyby tylko zechciała, zdjęliby płaszcz ochronny z reaktora, żeby pokazać, co jest wewnątrz…
Ganszyn tymczasem siedział w ciasnej kabinie, którą Aszot dzielił ze swym zastępcą, doktorem Jansenem z Centrum Doświadczalnego NASA im. Amesa. Na ekranie, zastępującym tutaj iluminator, kłębiła się w koordynacyjnej siatce Ziemia, to jest oczywiście nie cała Ziemia, lecz kawałek południowego Atlantyku zakryty grubą warstwą obłoków. Obraz był znacznie powiększony, co zresztą wcale nie zdziwiło Canszyna: „SOS-3”, jak i dwa pozostałe sputniki Służby Ochrony Środowiska ONZ, zajmował się obserwacją powierzchni Ziemi. Pojawienie się orbitalnych stacji słonecznych, które emitując strumienie mikrofalowego promieniowania, znacznie utrudniły astronawigację, zmusiło do podwyższenia orbit załogowych sputników prawie do poziomu satelitów stacjonarnych i dlatego obserwacje przeprowadzano nie tyle wizualnie, co za pomocą przyrządów.
