
Ganszyn z Aszotem przegadali z półtorej godziny, aż w drzwiach ukazała się czyjaś kłapoucha głowa i obwieściła: „Panowie, kolacja podana!” Popłynęli do salonu, jak zwano tu mesę, gdzie stał już nakryty stół, przy którym zebrali się wszyscy członkowie załogi wolni od wachty. W centrum uwagi — no bo jakże inaczej? — znajdowała się Julka, spoglądająca na wszystkich z trzepotem rzęs. Ganszynowi zrobiło się nieco markotnie, bo na niego nigdy tak nie patrzyła.
Aszot przedstawił wszystkich Ganszynowi. Właścicielem kłapouchej głowy okazał się starszy operator zespołu EREP, doktor Ryszard Wilk z poznańskiego instytutu ekologii, a ten chudy dryblas siedzący dostojnie przy stole to ni mniej, ni więcej tylko sir Robert Charles Randall, siedemnasty hrabia Crowford, earl Southbridge. Rżał ze śmiechu, gdy Aszot z kamienną fizjonomią wymieniał jego ciężkostrawną tytulaturę. Zresztą ów sir i earl, do którego na co dzień zwracano się w znacznie banalniejszej formie „doktor Randall”, okazał się człowiekiem towarzyskim i całkiem do rzeczy.
O trzecim, doktorze Jansenie, Aszot zdążył już coś niecoś opowiedzieć. W Służbie Ochrony Środowiska był on postacią legendarną. Jorge Jansen, pół Hiszpan, pół Duńczyk, obywatel amerykański, ukończył Uniwersytet Columbia, otrzymał stypendium państwowe i odbył trzyletni staż u Mrniawczewicza w Dubrowniku. Potem ściągnięto go do Centrum im. Amesa, skąd został oddelegowany do Służby Ochrony Środowiska ONZ. Przez pierwsze dwa lata pracował jak wszyscy, trzy razy odbywał miesięczne wachty na sputnikach — był to właśnie Międzynarodowy Rok Ochrony Środowiska.
