
Agonia przyrody? i co z tego? Przecież na jej miejsce pojawi się inna, która będzie jedynym naturalnym środowiskiem człowieka. Weźmy na przykład sputnik. Gdzie tu przyroda? Nie ma jej. A on, Jansen, żyje tu już trzy lata i jak dotąd nie uskarża się na to.
Julka usiłowała zaprotestować, poparł ją ów sir earl i jeszcze jeden ze świadków rozmowy, którego nazwiska Ganszyn nie zapamiętał. Ale Jansen upierał się przy swoim i trudno było zaprzeczyć logice jego wywodów, chociaż zawziętość, złość, z jaką mówił, mimowolnie budziła niechęć, bo była trudna do wytłumaczenia, jak gdyby ów abstrakcyjny spór poruszył jakieś głęboko osobiste, intymne, bolesne uczucia Jansena.
I kiedy Jansen zaczął podniesionym głosem barwnie opisywać wspaniałą przyszłość ludzkości, liryczną scenkę z życia dwudziestego drugiego wieku, miłosną schadzkę pary odzianej w eleganckie skafandry, leżącej na polietylenowym wzgórzu nad brzegiem tęczowego, naftowego oceanu, Ganszyn poczuł, że dłużej nie może tego słuchać. Zbierało mu się na wymioty. Wstał i razem z Aszotem wrócili do kabiny. Stracił z oczu Julkę, która znów znikła z kimś, żeby zaspokoić swą nienasyconą ciekawość.
Na pokład „Arabelli” wrócili dopiero na pół godziny przed rozpoczęciem swego siedemdziesięciominutowego dnia roboczego.
Przez następne trzy doby musieli jednak poważnie przyłożyć się do pracy, bo oprócz wymiany uszkodzonych ogniw baterii słonecznych — kwadratowych, dziesięć na dziesięć metrów, płócien pokrytych arsenkiem galu — trzeba było jeszcze przygotować stację do kolejnego przeglądu. Zmęczyli się niezgorzej, a w dodatku Ganszyn czuł się dotknięty zupełną obojętnością Julki. Właściwie miał to w nosie, ale jego ambicja została nieco urażona.
