Z początku rzeczywiście nic nie widzieli, podobnie jak wówczas gdy Gondagil znalazł się w obrębie Królestwa Światła, oślepiony blaskiem słońca.

– Na takiej wysokości na nic chyba nie wpadniemy – zaniepokoił się Ram.

– Nie, możesz spokojnie jechać dalej. Uważaj tylko na prąd powietrza od Gór Czarnych.

– Czy to się zaczyna już tutaj?

– Nie wiem, gdzie się zaczyna.

Mało przyjemne, pomyślał Ram.

Spytał przyjaciela:

– Czy zdarza się, że tęsknisz za powrotem do Ciemności?

Gondagil prychnął w odpowiedzi:

– Mając Mirandę w Królestwie Światła? Nie, osobiście za niczym nie tęsknię, doskonale się czuję, ale bardzo pragnę zanieść światło mojemu ludowi, tego życiowego zadania nigdy nie porzucę.

– Wiem o tym. Spróbujemy przyspieszyć nieco przygotowania do wyprawy w Góry Czarne. Mamy już przecież wybranego, Oko Nocy, którego Talornin i Marco wtajemniczają we wszystko, co będzie musiał zrobić, ale Juggernaut nie jest jeszcze gotowy, Madragowie chcą wcześniej doszlifować jakieś finezyjne szczegóły. Trochę więc to potrwa. Ale ta chwila jest już blisko.

Gondagil uspokojony pokiwał głową.

Wytężał wzrok, usiłując dostrzec swą dawną ojczyznę, lecz oczy bardzo powoli przyzwyczajały się do ciemności. Dostrzegał jedynie skały ciągnące się za terenami potworów i wiedział, że przelatują akurat ponad terytorium bestii. Gondola jednak posuwała się prędko i wkrótce zostawili za sobą niebezpieczną dolinę.

To nasze skały, pomyślał, zaraz wyłoni się ziemia Timona, Kraina Mgieł. Tam… ta szara jasność to musi być mgła, a pod nią moja dawna ojczyzna.

– Nie zbliżaj się zanadto do tej stromej ściany! – ostro zawołał do Rama. – To właśnie tam Joriego i Tsi pochwycił prąd powietrza, skręć raczej na prawo!

Ram natychmiast go usłuchał; i on dostrzegł skalną ścianę o barwie piaskowca wznoszącą się, jak się wydawało, w nieskończoność.



11 из 193