
Na brygu stał mężczyzna w czerwonej czapeczce, oparty był o złamany maszt. W jasnym świetle księżyca lśniły jego zęby na tle ciemnej, prawie czarnej twarzy. Uśmiechał się szeroko. U jego stóp leżała butelka.
Ten widok wzruszył głęboko pasażerów parowca. A więc nie byli sami. W tej zielonej pustyni znalazła się jeszcze jedna żywa istota. Simpkins i Huttling krzyknęli głośno, wymachując rękami.
Człowiek w czerwonej czapce, uśmiechając się wciąż tak samo, machnął ręką w jakiś dziwny sposób, jakby wskazując coś, co znajdowało się za nim. Ręka opadła jak bicz. Księżyc skrył się za chmurą i nie widać już było mężczyzny na brygu. Lecz bryg coraz bardziej przybliżał się do parowca.
Wreszcie podpłynął tuż do jego burty. W tej samej chwili znów ukazał się księżyc i oświetlił dziwny, budzący grozę obraz.
Do odłamka masztu przywiązany był szkielet. Trzymały się na nim jeszcze resztki odzieży. Zachowane kości rąk chwiały się na wietrze, lecz reszta dawno już wypadła ze stawów ramieniowych i leżała na pokładzie. Na czaszce wysuszonej przez słońce zachowała się skóra. To pergaminowe oblicze rozjaśniał trupi uśmiech. Czubek głowy osłaniała na pół przegniła czerwona czapeczka.
Huttling skoczył błyskawicznie na pokład brygu.
— Co pan robi? Bryg może odpłynąć od naszego statku. Zginie pan.
— Niech się pani o mnie nie martwi, zdążę wrócić na czas. Znalazłem tam coś ciekawego.
Huttling podbiegł do szkieletu, chwycił zapieczętowaną butelkę i dał susa na pokład parowca w momencie, kiedy bryg oddalił się od niego prawie o metr.
— Szalony człowieku! — powitała Huttlinga blada miss Kingman. Widać było, że cieszy się z jego pomyślnego powrotu.
— Po co pan tak ryzykował? — spytała, patrząc na butelkę. — Takich skarbów mamy pod dostatkiem.
— Przekonamy się. — Huttling stłukł szyjkę butelki i wyciągnął z niej kawałek na wpół zetlałego błękitnawego papieru. Wyblakłe, prawie rude litery można było jeszcze odczytać.
