
Gęsim piórem, dziwacznym charakterem pisma pełnym zawijasów, napisane było co następuje:
Kimkolwiek jesteś, chrześcijaninem czy niewiernym, w którego ręku znajdzie się ta butelka, proszę cię i zaklinam, byś wykonał moją ostatnią wolę. Jeśli znajdziesz mnie, po moim zgonie na brygu, weź pieniądze znajdujące się w białym skórzanym worku w kajucie kapitana, 50 000 guldenów w złocie. Z tej sumy 10 000 zatrzymaj dla siebie, a 40 000 oddaj mojej żonie, Marcie Tessel w Amsterdamie, ulica Morska, dom własny. A jeśli bryg zatonie i znajdziesz tylko butelkę, prześlij Marcie Tessel, mojej żonie, moje ostatnie pozdrowienie. Niech mi przebaczy, jeśli ją czymś skrzywdziłem… Wszyscy moi towarzysze umarli… Cała załoga do ostatniego marynarza… Pierwsi zmarli Kar, Hubert… Tylko ja jeszcze żyję, na razie. Tydzień… bez żywności… przywiążę się do masztu… ktoś zauważy… Żegnajcie… Gustaw Tessel. Bryg „Marta”, 1713 rok. 15 dzień września.
Kiedy Huttling skończył — zapadło milczenie.
— Jakie to straszne i dziwne! Otrzymaliśmy od zmarłego polecenie, by pozdrowić jego żonę, która od przeszło dwustu lat spoczywa w grobie… — miss Kingman zadrżała i rzekła: — Ile strasznych tajemnic kryje to morze!
„Pięćdziesiąt tysięcy guldenów — rozmyślał Simpkins na głos, odprowadzając spojrzeniem odpływający bryg. — Ile to by wyniosło według dzisiejszych notowań giełdowych?”
CZĘŚĆ DRUGA
I. Cicha przystań
— Ziemia! Ziemia! Miss Kingman! Huttling! Chodźcie prędzej. Zbliżamy się do jakiegoś portu. Już widać czubki masztów i kominy parowców. O, tam. Popatrzcie… Bardziej na lewo.
Huttling popatrzył przez lunetę.
— Port odkryty przez pana jakoś diabelnie dziwnie wygląda. Ten „port” rozciąga się na wiele mil. Maszty i kominy i znów maszty… Niech pan spojrzy! Ani jeden komin nie dymi. A maszty… Gdzie jest ich olinowanie, żagle?… Proszę popatrzeć, miss Kingman — i Huttling podał jej lunetę.
