
Przejście między statkami stawało się coraz węższe. Parowiec zatrzymywał się kilka razy, aż wreszcie, zbliżywszy się do zwartej masy statków tworzących jak gdyby osobliwą wyspę, stanął bez ruchu.
Wędrowcy milczeli. Czuli się tak, jakby ich żywcem pogrzebano.
— Skoro już los zaniósł nas tutaj, musimy się zapoznać bliżej z tą niezwykłą wyspą. Chodźmy, Simpkins!
Lecz Simpkins wyraźnie nie miał ochoty na spacer po tym posępnym cmentarzysku.
— Po co? — próbował się wymówić.
— Bądź pan mężczyzną, Simpkins. Kto wie, jakie tajemnice kryje wyspa? Może ktoś tutaj mieszka.
— Widma starych holenderskich żeglarzy?
— Zobaczymy. W każdym razie, ktokolwiek mieszka na tej wyspie, lepiej będzie, jeśli my pierwsi dowiemy się o nim. Ta wyspa może się stać naszym grobem, ale kto wie, może tu właśnie znajdziemy coś, co nas uratuje. Trzeba obejrzeć statki. Może któryś będzie się jeszcze nadawał do żeglugi?
— Obejrzeć statki! — Simpkins przypomniał sobie „Martę” i pięćdziesiąt tysięcy guldenów w złocie. Wahał się wciąż jeszcze.
— Czy możemy zostawić miss Kingman samą?
— Proszę się o mnie nie martwić. Nie boję się duchów — odparła Vivian.
— Zrobimy tak, miss Kingman — zaproponował Huttling — niech pani położy słomę na palenisko. Jeżeli zagrozi pani jakieś niebezpieczeństwo, proszę zapalić słomę. Skoro zobaczymy dym z komina, natychmiast pośpieszymy z pomocą. Chodźmy.
Huttling przedostał się na stojący tuż obok trzymasztowy statek z osiemnastego wieku „Victoria”. Simpkins niechętnie ruszył za nim.
Zaczęli powoli posuwać się w głąb wyspy.
Nic na świecie nie mogło stanowić smutniejszego widoku od tego ogromnego cmentarza. Morze grzebie zatopione okręty — ziemia — ludzi.
