
Lecz na tym cmentarzu umarli leżeli nadzy, oświetleni palącymi promieniami słońca. Trzeba było ostrożnie stawiać każdy krok. Na pół zgniłe deski uginały się pod nogami. Podróżnicy mogli w każdej chwili zapaść się i znaleźć w ładowni. Przewidując to, zabrali ze sobą sznury, by w razie potrzeby pomóc sobie nawzajem. Balustrady łamały się. Strzępy żagli po dotknięciu rozsypywały się w proch. Wszystko dokoła pokryte było grubą warstwą pyłu, rozkładu i zielenią zgnilizny… Na wielu pokładach walały się szkielety błyszczące w słońcu białymi kośćmi lub ciemniejące resztkami skóry i strzępami odzieży. Z pozycji szkieletów, z porąbanych czaszek można było wywnioskować, że ludzie, którzy stracili zmysły w obliczu śmierci, kłócili się, buntowali, bezsensownie i okrutnie mordowali się nawzajem, biorąc na kimś pomstę za swe cierpienia i zmarnowane życie. Każdy statek był świadkiem wielkiej tragedii, która rozegrała się na nim przed pięćdziesięciu, stu lub dwustu laty.
Jaki nieludzki strach, jakie cierpienia przeżyli posiadacze tych niegdyś żywych, dziś wybielonych słońcem czaszek, szczerzących teraz zęby w okropnym uśmiechu! A wszyscy uśmiechali się od ucha do ucha…
Nawet Huttlinga ogarnął niepokój na widok tych uśmiechniętych, wyszczerzonych zębów, Simpkinsem zaś wstrząsały dreszcze.
— Chodźmy stąd — błagał. — Nie mogę już wytrzymać!
— Niech pan poczeka, tam widzę statek w dobrym stanie. Ciekaw jestem, co znajdziemy w kajutach. Zejdźmy.
— Po schodkach, które załamią się pod panem? — Simpkins rozzłościł się nagle. — Huttling! Nie idę dalej. Basta! Niech pan przestanie mną komenderować. Pan zapomniał o tym, kim ja jestem i kim jest pan! Dokąd mnie pan oprowadzi? Po co? Żeby mnie wrzucić gdzieś do ładowni i pozbyć się bez hałasu! O, ja wiem, ja panu przeszkadzam.
To przemówienie rozwścieczyło Huttlinga.
— Simpkins, niech pan zamilknie, bo naprawdę wyrzucę pana za burtę.