
— To nie jest takie proste — powiedział zjadliwie Simpkins i oparłszy się o drewniany parapet nad burtą, wycelował w Huttlinga lufę pistoletu. Huttling zrobił szybki krok naprzód, lecz zanim zdążył schwycić Simpkinsa za rękę, rozległ się wystrzał i trzask łamiącego się parapetu. Kula przeleciała Huttlingowi nad głową. W tej samej chwili Huttling ujrzał, jak Simpkins, machnąwszy niedorzecznie rękami, wypadł za burtę wraz z resztkami przegniłej poręczy. Rozległ się głuchy plusk wody… potem była cisza… a później rozległo się prychanie Simpkinsa. Huttling popatrzył za burtę. Detektyw szarpał się w zielonej gęstwinie gronorostów. Zwisały mu girlandami z głowy, oplątywały ręce i mocno trzymały swą zdobycz. Detektyw wytężał wszystkie siły próbując zaczepić się o poszycie statku. Udało mu się to w końcu, ale zupełnie opadł z sił. Gronorosty ciągnęły go na dół. Jeszcze kilka chwil i Simpkins pójdzie na dno.
Huttling cofnął się, usiadł na beczce i zapalił fajkę.
— Niech mi pan przebaczy. Byłem głupim osłem — rozległ się głos Simpkinsa. Lecz Huttling w milczeniu spokojnie palił fajkę. — Panie Huttling, niech mnie pan ratuje!…
Huttling zbliżył się do burty. Wahał się. To przecież człowiek błaga o pomoc. Ale jaki człowiek? Agent policyjny, sprzedajny szpieg, który — jeśli mu się nawet pomoże — nie zawaha się przed oddaniem go w ręce władz, byle tylko zdobyć swoich trzydzieści srebrników.
— Nie, nie — i Huttling znów usiadł na beczce i zaczął coraz mocniej pykać z fajki.
— Błagam pana! Huttling, Huttling! — jęczał Simpkins.
Huttling coraz szybciej ćmił fajkę.
— Hutt… — i nagle krzyk przekształcił się w jakieś zdławione łkanie.
Huttling zgrzytnął zębami, odrzucił fajkę i rozwinąwszy koniec liny rzucił tonącemu.
Ostatkiem sił Simpkins chwycił za linę, lecz kiedy Huttling zaczynał go ciągnąć, spadał; gronorosty mocno trzymały Simpkinsa, a ręce zupełnie mu osłabły.
