
Miss Kingman, zaskoczona zjawieniem się dwóch nieznanych mężczyzn, krzyknęła głośno.
Jeden z przybyszów — mały, zażywny człowieczek o bladej, obrzmiałej, dawno nie golonej twarzy, wywierał dziwne wrażenie swoim strojem i całą powierzchownością. Na głowie miał brudny, pognieciony melonik z wieloma dziurami. Jego zniszczony, połatany smoking zachował mimo wszystko ślady dobrego kroju. Ale spodnie zwisające jak frędzle pod kolanami grubasa wyglądały żałośnie. Uzupełniały ten strój stare lakierki i podarty fularowy szalik.
Drugi przybysz — wysoki, muskularny, opalony, z czarną brodą, miał na głowie meksykańskie sombrero; ubrany był w czarną koszulę z odwiniętymi po łokcie rękawami, wysokie buty i podobny był do meksykańskiego hodowcy owiec. Jego ruchy były szybkie i ostre.
— Bonjour, mademoiselle — rzekł grubas składając wytworny ukłon. — Witam panią z okazji pomyślnego przybycia na Wyspę Zaginionych Okrętów.
— Dziękuję panu. Nie jestem pewna, czy mogłabym nazwać moje przybycie pomyślnym… Czego sobie panowie życzą?
— Pozwoli pani, że się przedstawię: Arystydes Daudet. Nazywam się Daudet, tak, tak, Daudet. Jestem Francuzem…
— Jest pan może krewnym pisarza, Alfonsa Daudeta?
— Ee… właściwie nie… to jest tak… dalekim krewnym… Miałem, że tak powiem, pewne kontakty z literaturą… największą fabrykę papieru tapet na południu Francji.
— Nie pleć, Turnip — rzekł posępnie i gniewnie jego towarzysz.
— Pan jest nietaktowny, Flores! Kiedy się pan wreszcie nauczy, jak się zachowywać w przyzwoitym towarzystwie? I proszę mnie nie nazywać Turnip. Widzi pani, oni tak mnie przezwali z powodu mojej głowy, która ich zdaniem przypomina rzepę… — i grubas, zdjąwszy melonik z głowy, przesunął ręką po nagiej, żółtawej czaszce, na której ciemieniu wskutek kaprysu przyrody pozostała kępka włosów.
Miss Kingman uśmiechnęła się mimowolnie, stwierdzając, że przydomek jest trafny.
