
Rozpoczęły się rokowania. Huttling był w pierwszej chwili gotów rzucić się do walki z dwoma obdartusami. Lecz jeśli nie kłamią, walka nie miałaby sensu; jak twierdzą na wyspie mieszka czterdziestu trzech dobrze uzbrojonych ludzi. Siły są nierówne — zwyciężą mieszkańcy wyspy.
Huttling pozostawił Simpkinsa jako zakładnika i poszedł do miss Kingman, by się z nią naradzić. Vivian była również zdania, że walka nie ma sensu. Zdecydowali, że pójdą razem i przedstawią się kapitanowi Fergusowi.
III. Gubernator Fergus Slayton
Jak się okazało, istniały na Wyspie Zaginionych Okrętów całkiem niezłe szlaki komunikacyjne.
Turnip, który szedł na czele orszaku, po przejściu przez starą trójpokładową fregatę, wyprowadził jeńców „na drogę”: były to drewniane pomosty przerzucone między statkami i nad zniszczonymi pokładami. Wzdłuż drogi ciągnął się drut przymocowany do niskich słupków i ocalałych masztów.
— Tędy, tędy. Niech się pani nie potknie — zwracał się Turnip uprzejmie do miss Kingman. Za Vivian szedł Huttling i Simpkins. Posępny Flores, nasunąwszy sombrero na oczy, szedł na końcu.
Po drodze spotykali mieszkańców wyspy, obdartych, zarośniętych i opalonych; znajdowali się wśród nich jasnowłosi ludzie z Północy, smagli południowcy, kilku Murzynów, trzech Chińczyków… Wyspiarze z ogromną ciekawością przyglądali się nowym przybyszom.
Na środku wyspy, wśród małych statków żaglowych pochodzących z różnych epok i krajów, znajdowała się duża, dobrze zachowana fregata „Elżbieta”.
— Rezydencja gubernatora — oznajmił uroczyście Turnip.
Na pokładzie rezydencji stała grupa złożona z sześciu marynarzy w jednakowych, dość przyzwoitych uniformach, z karabinami w ręku. Wyglądali na wartę honorową.
Gubernator wyspy przyjął gości w wielkiej kajucie.
Po ponurym widoku zniszczonych statków kajuta wywierała dodatnie wrażenie.
