
Trudności i cierpienia profesora wleczonego po świecie w ślad za obcymi, a usiłującego zestawić użytkowe słownictwo w języku, którego osobliwości mógł tylko odgadywać z ograniczonych próbek dostarczonych mu przez kogoś, kto siłą rzeczy mówił tym językiem z jak najbardziej cudzoziemskim akcentem — wszystkie te troski były niczym w porównaniu z lękiem odczuwanym przez przedstawicieli rządu światowego. Widzieli oni, jak pozaziemscy goście przenosili się co dzień na inne miejsce planety i zostawiali swą gigantyczną budowlę z lśniącego metalu, która tęsknie pomrukiwała do siebie, jak gdyby chcąc zachować wspomnienia dalekich fabryk, gdzie przyszła na świat.
Co prawda mięli wciąż obok siebie obcego, który co pewien czas przerywał swe niewątpliwie nadzorcze zadania, aby wygłosić wspomnianą już mówkę. Lecz nawet jego świetne wychowanie, okazywane tym, że wysłuchiwał za każdym razem co najmniej pięćdziesięciu sześciu odpowiedzi w tyluż językach, nie mogło rozproszyć paniki, wywołanej faktem, że ilekroć któryś uczony ludzki dotknął z ciekawości, choćby tylko leciutko, błyszczących maszyn, natychmiast kurczył się do rozmiarów szybko znikającej kropli. Nie było to zjawisko stałe, zdarzało się jednak wystarczająco często, by powodować chronioną niestrawność i bezsenność wśród rządów ludzkich.
Wreszcie, zużywszy na to większą część swego ustroju nerwowego, profesor zdawał na tyle opanować język, by rozmowa stała się możliwa. Dowiedział się wówczas — a wraz z nim cały świat — rzeczy następującej:
Obcy należą do cywilizacji wysoko rozwiniętej, która rozszerzyła swoją kulturę na całą galaktykę. Świadomi ograniczeń niedorozwiniętych dotąd zwierząt, które ostatnio opanowały Ziemię, zastosowali
