
Na to oświadczenie zawahaliśmy się krótką zaledwie chwilę. Po czym ludzkość ryknęła głośno „Nie!” poprzez wszystkie środki informacji masowej, przez prasę i telewizję, a także przy pomocy bębnów w dżungli i staroświeckich posłańców na osłach.
— Nie, nie możemy pozostać obojętni! Dopomożemy wam w zniszczeniu tej groźby zawisłej nad samym rdzeniem cywilizacji! Powiedzcie nam tylko, co mamy uczynić, a uczynimy!
Obcy odparli z pewnym zakłopotaniem, że właściwie nic szczególnego. Może niebawem wyłoni się potrzeba, jakaś drobna, a jednak istotna potrzeba. Na razie jednak wystarczy, jeśli im nie będziemy przeszkadzać w obsłudze armatogór, za co będą naprawdę wdzięczni.
Odpowiedź ta wywołała stan niepewności pośród dwu miliardów mieszkańców Ziemi. Przez dłuższy czas, jak głosi legenda, na całej planecie ludzie unikali patrzenia sobie w oczy.
Potem jednak człowiek wyleczył się z tego ciosu zadanego jego dumie. Będzie użyteczny, choćby w tak prosty i pokorny sposób, rasie, która go wyzwoliła od możliwości podboju, grożącego ze strony bezgranicznie ohydnych Troxxtów. Już choćby za to powinniśmy życzliwie wspominać naszych przodków! Wspominać życzliwie ich szczere wysiłki mimo ich ciemnoty!
Wszystkie istniejące armie, floty powietrzne i morskie przekształcono w oddziały strażnicze patrolujące jednostki wojskowe Dendiów. Żaden człowiek nie mógł się zbliżyć na odległość dwóch mil do mruczących machin bez przepustki z kontrasygnatą Dendiów. Ponieważ jednak przez cały czas pobytu na naszej planecie nie podpisali oni żadnej takiej przepustki, klauzula nigdy nie została wykorzystana w praktyce. Odtąd też istoty dwunogie nie pojawiały się nigdy w bezpośrednim sąsiedztwie pozaziemskiej broni.
